Centrum
Aktualności
Czytelnia
Biuletyn
Galeria
Tyflologia
Adresy
Kontakt
Dział Absolwentów
Strona główna

:: tło czarne
:: tło białe


Przedruk i kopiowanie materiałów zamieszczonych na stronie wymaga zgody Biura Centrum



Biuletyn Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku
numer 1/2006

Redakcja - Teresa Cwalina
Projekt graficzny i łamanie - Tomasz Wojakowski
Adres redakcji - Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku
ul. Brzozowa 75, Laski, 05 - 080 Izabelin
Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego

Spis treści:

1. O Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi
2. Dział ds. Absolwentów
3. Nowy projekt
4. O Matce Elżbiecie Czackiej
5. O początkach otwartej pomocy dla osób niewidomych
6. Warto mieć zawód
7. Technik masażysta
8. Jeśli chcesz być masażystą
9. Masaż w Laskach
10. Dyplom zdobyłem tak naprawdę jesienią
11. Krajowa Sekcja Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów
12. Wystarczy otworzyć oczy

1. O Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi
mówi Prezes Zarządu - Władysław Gołąb

Towarzystwo powstało w 1910 roku. Zostało zarejestrowane 11 maja 1911 roku jako Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi Królestwa Polskiego. Twórczynią Towarzystwa była Róża Czacka. Grupę założycielską stanowili: okulista - Bolesław Ryszard Gepner, właściciel ziemski - Antoni Górski, hr. Wanda z Badenich Krasińska oraz adwokaci przysięgli - Stanisław Bukowiecki i Aleksander Jackowski. Na pierwszym zebraniu po rejestracji listę sześciu członków założycieli powiększyły nowo przyjęte osoby w liczbie 73. Obecnie Towarzystwo liczy 1580 członków.
Nazwę Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi otrzymało już w niepodległej Polsce, w 1928 roku. Należy pamiętać, że w 1918 roku Matka Czacka powołała Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i od tej chwili Towarzystwo i Zgromadzenie współdziałają ze sobą, tworząc jedno dzieło.
W czasie okupacji Towarzystwo formalnie nie funkcjonowało. Działał Zakład w Laskach pod nazwą Zakłady dla Niewidomych. Dopiero w 1947 roku stowarzyszenie mogło być reaktywowane i wpisane zostało do rejestru stowarzyszeń. Dodajmy, że zawsze były to rejestry prowadzone przez władze administracyjne; dopiero w 1989 roku - z chwilą uchwalenia nowej ustawy z 7 kwietnia 1989 roku "Prawo o stowarzyszeniach", rejestr przejęły sądy: najpierw wojewódzkie, a od 2001 roku sądy rejonowe - wydziały gospodarcze.
W 2004 roku nadano Towarzystwu status organizacji pożytku publicznego.
Od początku swej działalności Towarzystwo otaczało osoby niewidome i ociemniałe wszechstronną opieką w zaspakajaniu ich potrzeb edukacyjno-wychowawczych, rehabilitacyjnych, socjalnych i religijnych. Najpierw była to opieka patronacka małej grupy niewidomych w Warszawie, później powstały Patronaty w innych miastach i założono szkołę. Już od lat dwudziestych formalnie istniała szkoła powszechna i zawodowa dla niewidomych.
Po drugiej wojnie światowej Laski przeżywały różne ciężkie chwile, dopiero po odzyskaniu pełnej niepodległości w 1989 roku sytuacja się zdecydowanie ustabilizowała. Towarzystwo prowadzi dzisiaj: Dom Małego Dziecka Niewidomego, przedszkole, dwie szkoły podstawowe, dwa gimnazja i dwie zasadnicze szkoły zawodowe oraz Technikum Masażu i Technikum dla Niewidomych, kształcące techników informatyków. Szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły zawodowe funkcjonują na dwóch poziomach: dla niewidomych w normie intelektualnej i z lekkim upośledzeniem umysłowym. W 2005 roku powstał przy przedszkolu w Laskach dział wczesnej interwencji, którego zadaniem jest wczesne wspomaganie rozwoju niewidomego dziecka. Tą działalnością obejmujemy dzieci od chwili urodzenia aż do pójścia do przedszkola. Wspieramy też ich rodziców. Uczymy, jak postępować z dzieckiem niewidomym; jak nie tylko pielęgnować, ale i wychowywać.
Sprawą szalenie ważną, właśnie teraz, kiedy Polska weszła do Unii i powinna stosować standardy europejskie, jest również to, czego zresztą Róża Czacka była świadoma tworząc Towarzystwo, osoba niewidoma ma być człowiekiem użytecznym, czyli musimy czynić wszystko, by przywrócić niewidomego społeczeństwu. Po to przyjmujemy niewidome dziecko i obejmujemy programem wczesnego wspomagania rozwoju, działaniami edukacyjno-wychowawczymi już w przedszkolu, a później na różnych poziomach w szkole, by weszło w społeczeństwo ludzi widzących i mogło w nim normalnie funkcjonować.
Musimy też pamiętać, że od czasu odzyskania pełnej niepodległości w 1989 roku liczba zatrudnionych niewidomych spadła do około 1/3, przynajmniej połowa z nich "wegetuje". Dodajmy w tym miejscu jeszcze i tę informację o Towarzystwie, że dla tych osób niewidomych dorosłych, którym potrzebna jest specjalna pomoc w codziennym życiu, prowadzimy dwa domy - dla kobiet w Żułowie i mężczyzn w Niepołomicach.
Większość zawodów, w których dotychczas kształcono niewidomych, przestała być dzisiaj potrzebna, ponieważ zniesiono wyłączność pewnych dziedzin działalności gospodarczej w Polsce Ludowej zastrzeżonych dla osób niepełnosprawnych. Dziś w gospodarce rynkowej obowiązuje wolna konkurencja, w której niewidomy niestety jest zawsze w gorszej sytuacji. Wypierany jest przez pracowników widzących i wprowadzane automaty.
Trzeba szukać nowych form zatrudniania osób niewidomych, określić nowe kierunki szkolenia zawodowego. Ciągle aktualna jest nauka masażu. Myślę także, że powinniśmy szkolić w zakresie prostych prac administracyjnych, wykorzystać znajomość technik komputerowych.

A. Gościmska, M. Żółtowski
Historia działalności Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach w latach 1961-1976, Laski 2004
A. Niemczykowa, s. Elżbieta Więckowska Świadectwo dokumentów życia społecznego.
O działalności Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i Dzieła Lasek, Warszawa 1993
Z. Wyrzykowska
Historia 50-letniej działalności 1910 - 1960 Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, Laski 2002
powrót do spisu treści

2. Dział ds. Absolwentów

Sprawami usamodzielnienia, rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudniania absolwentów wszystkich laskowskich szkół zajmuje się Dział ds. Absolwentów, który podlega bezpośrednio Prezesowi Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. W jego kartotekach jest zarejestrowanych 3000 osób z dysfunkcją wzroku z terenu całego kraju.
Dział ds. Absolwentów udziela indywidualnej pomocy wychowankom w bezpośrednim przygotowaniu do wejścia w nowe środowisko (zakłady pracy, warsztaty terapii zajęciowej, szkoły, wyższe uczelnie, zakłady opieki). Utrzymuje też kontakty z byłymi wychowankami, niosąc potrzebną im pomoc.
Pracownicy Działu przekazują również Kierownictwu Ośrodka Szkolno-Wychowawczego i Warsztatów informacje, wnioski i opinie, pomocne dla prawidłowego przygotowania absolwentów do wejścia w dorosłe życie.
Dział udziela pomocy również innym niewidomym dorosłym, zgłaszającym się do Lasek. Prowadzi rehabilitację podstawową świeżo ociemniałych dorosłych z terenu całej Polski.
Dział ds. Absolwentów gromadzi i udostępnia informacje dotyczące:
- rynku pracy dla osób niewidomych oraz stanowisk pracy dostępnych lub zajmowanych przez niewidomych,
- metod pracy zawodowej oraz oprzyrządowania stanowisk pracy dla osób niewidomych,
- organów rządowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych działających na rzecz osób niepełnosprawnych,
- sytuacji prawnej osób niepełnosprawnych - szczególnie w zakresie orzecznictwa o niepełnosprawności, rent oraz zmian dotyczących zatrudnienia i rehabilitacji społecznej i zawodowej.
Pracownicy Działu:
- przeprowadzają rozmowy z uczniami, ich rodzicami, wychowawcami i nauczycielami oraz lekarzem i psychologiem, zbierając niezbędne informacje, aby pomóc uczniowi w podjęciu prawidłowej decyzji co do jego dalszych losów,
- z upoważnienia dyrektora szkoły hospitują zajęcia praktycznej nauki zawodu, celem obserwacji pracy i poznania możliwości poszczególnych uczniów,
- uczestniczą w zebraniach rodziców organizowanych przez szkoły,
- na zaproszenie wychowawcy klasy prowadzą godziny wychowawcze na temat prezentacji zawodowej,
- uczestniczą w zebraniach Rad Pedagogicznych i semestralnych zebraniach internatowych,
- towarzyszą wychowankowi opuszczającemu Laski (kompletowanie niezbędnych dokumentów, nawiązywanie kontaktu z pracodawcą, szkołą lub inną organizacją, orientacja przestrzenna w nowym środowisku itp.).
W celu utrzymania kontaktu z byłymi wychowankami, zapewnienia pomocy i zbierania informacji:
- prowadzi się korespondencję z absolwentami,
- odwiedza absolwentów i poznaje ich środowisko,
- przyjmuje odwiedzających Laski,
- prowadzi i uzupełnia kartotekę absolwentów,
- korzystając z pomocy i współpracy innych działów Ośrodka i Towarzystwa, zapewnia absolwentom - w miarę rozeznanych potrzeb i możliwości - pomoc materialną, organizacyjną i inną. Dział odpowiedzialny jest za koordynację pomocy udzielanej przez inne działy i osoby w Laskach, i innych placówkach Towarzystwa.
W porozumieniu z Ośrodkiem wypełnia szczegółowe zadania związane z pobytem w Laskach i przygotowaniem ucznia do dorosłego życia:
- rozeznaje możliwości zatrudnienia, szkolenia i rehabilitacji w miejscu zamieszkania ucznia,
- przeprowadza wywiady środowiskowe i precyzuje wnioski,
- pilotuje sprawy uczniów, którzy z różnych przyczyn przerywają naukę w Laskach.
ad
powrót do spisu treści

3. Nowy projekt Działu ds. Absolwentówprzedstawia koordynator Centrum - Krystyna Konieczna

W dniu 29 grudnia 2005 r. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, reprezentowane przez Prezesa Zarządu - Władysława Gołąba i Sekretarza Zarządu - Józefa Plachę, podpisało z Państwowym Funduszem Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych jako instytucją wdrażającą, reprezentowaną przez Prezesa Zarządu - Romana Sroczyńskiego, umowę o dofinansowanie projektu Centrum Promocji
i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku w ramach Sektorowego Programu Operacyjnego Rozwój Zasobów Ludzkich Priorytetu 1 Aktywna polityka rynku pracy oraz integracji zawodowej i społecznej Działania 1.4 Integracja zawodowa i społeczna osób niepełnosprawnych Schematu a) Wsparcie osób o znacznym i umiarkowanym stopniu niepełnosprawności na otwartym rynku pracy, współfinansowanego z Europejskiego Funduszu Społecznego.
Pomysłodawcą i realizatorem projektu jest Dział ds. Absolwentów. Projekt obejmuje usługi wspierające przechodzenie osób niepełnosprawnych na otwarty rynek pracy i dotyczy prowadzenia i rozszerzenia dotychczas realizowanej, statutowej działalności Towarzystwa, służącej aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych. Pozwala na rozwijanie, unowocześnianie i lepsze dostosowanie do potrzeb osób niepełnosprawnych oferowanych usług.
Dzięki środkom UE i PFRON możliwa jest rozbudowa struktury Działu, poszerzenie działalności statutowej Towarzystwa, zatrudnienie wykwalifikowanej kadry, uzupełnienie sprzętu i wyposażenia na potrzeby realizacji projektu oraz zwiększenie efektywności działań do  rozwijania programów, form i metod pracy służących aktywizacji zawodowej osób z wadami wzroku na otwartym rynku pracy.
Realizacja naszego projektu rozpoczęła się 1 stycznia 2006 r. Utworzono Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku, oferujące poradnictwo zawodowe, psychologiczne, społeczne i prawne oraz pomoc w poszukiwaniu pracy, rehabilitację zawodową osobom świeżo ociemniałym, usługi doradcze w miejscu ich zamieszkania i warsztaty poszukiwania pracy. Centrum wydaje kwartalnik Biuletyn Centrum.
Z usług Centrum Promocji i Kariery Osób z Dysfunkcją Wzroku mogą korzystać osoby o znacznym i umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z tytułu wzroku, które nie pozostają w zatrudnieniu - zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Centrum  służy osobom z dysfunkcją wzroku z terenu całego kraju.
www.promocjaikariera.pl
powrót do spisu treści

4. O Matce Elżbiecie Czackiej

"Dopiero na sądzie Bożym zobaczymy jasno, jakimi to drogami Bóg Matkę prowadził i sprawił, że z hrabianki Róży Czackiej, która mogła sobie życie wygodnie, niezależnie urządzić, stała się Służebnicą Krzyża, służebnicą niewidomych. Tak jak zjawienie się Pana Jezusa, a przez Niego, w Nim i z Nim życie świętych było dziełem miłości Bożej i zadecydowało o losie tych, którzy ich naśladowali i którzy się koło nich skupili, podobnie życie Matki decyduje nie tylko o jej własnym losie, ale i o nas wszystkich tu obecnych". To słowa ojca Władysława Korniłowicza wypowiedziane z okazji imienin Matki Elżbiety Czackiej w Żułowie w 1942 lub 1943 roku1. Mówił o niej pewien świętości już przebytej drogi wtedy, kiedy przed nią była jeszcze droga bardzo długa i bardzo trudna. Próba prześledzenia trasy, którą przewędrowała Matka Elżbieta Czacka, musi być naznaczona subiektywnymi wyborami. Ten, kto zaczyna podążać jej śladami, dostrzega to, co do niego przemawia najmocniej. I zawsze będzie to tylko fragment rozległej mapy.
Ona sama, już jako dojrzała i doświadczona wieloma cierpieniami zakonnica, kilkakrotnie zaczynała spisywać swoje wspomnienia z czasów dzieciństwa i młodości. Mało w nich konkretnych realiów i faktów biograficznych, są wyraziste pojedyncze obrazy. Po latach pomijała wszystko, co uważała za nieistotne. Ponieważ
w swoim życiu dostrzegała dowody nieustannego działania łaski Bożej, opisywała tylko jego najważniejsze przejawy. Niewiele więc wiadomo o hrabiance Róży Czackiej z tego czasu, w którym w zwykłej biograficznej perspektywie kształtuje się osobowość człowieka2. Urodziła się 22 X 1876 w Białej Cerkwi na Ukrainie jako szósta z siedmiorga dzieci Feliksa i Zofii z Ledóchowskich. Troje dzieci, w tym najmłodszy brat, zmarło we wczesnym dzieciństwie. Rodzina Czackich dobrze zapisała się w tradycji polskiej kultury i polskiego patriotyzmu. Potomkowie pamiętali o dokonaniach pradziadka, Tadeusza Czackiego, działacza Komisji Edukacji Narodowej i założyciela Liceum Krzemienieckiego. Stryjem Róży był zmarły w 1888 roku Włodzimierz Czacki, sekretarz osobisty Papieża Piusa IX i doradca Leona XIII. Jako dziecko i młoda dziewczyna była ona blisko związana z ojcem, od niego uczyła się zasad prowadzenia dużego gospodarstwa.
W 1882 roku Czaccy na stałe przeprowadzili się do Warszawy i zamieszkali w pałacu ordynacji Krasińskich (dziś Krakowskie Przedmieście 5), od razu weszli w środowisko stołecznej arystokracji. Córka otrzymała domowe, ale bardzo dobre wykształcenie. Grała na fortepianie, co pogłębiło jej wrażliwość na piękno muzyki. Po blisko dziesięciu latach Czaccy wprowadzili się do własnego pałacyku przy ul. Nowozielnej (obecnie Zielna) 49. Latem Róża jeździła do rodzinnych majątków na Wołyniu. Na zawsze zachowała pamięć urody wiejskiego pejzażu i miłość do koni, choć to zapewne upadek z konia przy próbie skoku przez przeszkodę w 1894 roku przyczynił się do ostatecznej utraty wzroku. W dzieciństwie była pod ogromnym wpływem babki, Pelagii z Sapiehów Czackiej, zmarłej w 1892 roku w Wilanowie. Od niej uczyła się pobożności, już jako sześcioletnia dziewczynka czytała jej francuskie tłumaczenie "O naśladowaniu Jezusa Chrystusa". Ta książka, z której całe partie umiała w końcu na pamięć, towarzyszyła jej przez całe życie. Z lakonicznych wspomnień Matki Elżbiety Czackiej, jakie w latach trzydziestych spisał ojciec Władysław Korniłowicz, wiadomo jednak, że jako dorastająca dziewczyna bardzo dużo czytała, wszystko, co wpadło jej w ręce. Równocześnie dorastanie, a potem uczestniczenie w światowym życiu stolicy, było dla niej czasem pełnym udręk. W 1898 roku, kiedy, jak można sądzić, zaczęła już akceptować swoją rolę społeczną i obowiązki towarzyskie, ostatecznie straciła wzrok3. Doktor Bolesław Gepner, który odradził dalsze leczenie nie widząc żadnych szans na jakąkolwiek poprawę, zasugerował jej zajęcie się losem niewidomych, pozbawionych w Polsce wszelkiej opieki. "Nikt nie może wiedzieć, co przechodziła dusza Matki w tej chwili, gdy się to działo. Wiemy jedno, że ten krzyż jej nie złamał, ale stał się początkiem pełniejszego życia" - mówił ojciec Korniłowicz w cytowanym wystąpieniu. Na temat następnych dziesięciu lat jej życia nie wiadomo prawie nic pewnego. Uczyła się alfabetu brajla i samodzielnego życia z kalectwem. Odbyła kilka podróży za granicę, gdzie poznawała nowoczesne metody rehabilitacji niewidomych, żeby przygotować się do czekających ją zadań.
Osoba tak chłonna i ciekawa świata, zamknięta na pozór we własnym arystokratycznym środowisku, nie mogła nie być świadoma narastających problemów końca dziewiętnastego stulecia. Chrześcijanie, jeśli nie chcieli utracić więzi ze zmieniającą się rzeczywistością, musieli zmierzyć się z podważającym religijne myślenie racjonalistycznym sceptycyzmem i pogłębiającym się radykalizmem społecznym. To właśnie koniec dziewiętnastego wieku przyniósł wyostrzoną świadomość problemu ubóstwa i konieczności zmiany stosunku do ubogich. A także przekonanie, że tradycyjne dzieła dobroczynności mogą tylko podtrzymywać podział świata na bogatych i biednych, lepszych, którzy dają, i gorszych, którym trzeba dać, lub słabszych, którymi trzeba się zaopiekować, w istocie mogą więc utrwalać elementarną niesprawiedliwość. Niewiele są w stanie naprawić, bo naprawiać trzeba całe struktury, a ludziom stwarzać szanse samodzielnego i odpowiedzialnego życia. Kształtujące się wówczas ideologie, przekonane o nieuchronności przewrotu społecznego, zmusiły do postawienia sobie od nowa pytań o to, kim jest drugi człowiek, szczególnie o stosunek do osób tradycyjnie traktowanych jako społecznie niepełnowartościowe - do biedaków, dzieci, kalekich, ale też i ludzi innych kultur i religii. Zmusiły więc do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę znaczy i co warta jest miłość bliźniego. Dopiero wtedy zaczął sobie torować drogę do powszechnej świadomości pogląd, że wszyscy, których mechanizmy społeczne spychają na marginesy życia, są takimi samymi ludźmi, obdarzonymi przez Boga taką samą godnością, a miejsce, które wydaje się marginalne, w świetle Ewangelii jest miejscem uprzywilejowanym.
To nie przypadek, że w tekstach późniejszej Matki Czackiej spośród papieskich encyklik występuje chyba tylko "Rerum Novarum", encyklika społeczna ogłoszona przez Leona XIII w 1891 roku.
Wtedy właśnie w chrześcijaństwie pojawiają się postaci, które w pełni rozumieją, że jedyną odpowiedzią na radykalizm polityczny, potęgujący istniejące antagonizmy, może być wcielony w życie radykalizm Ewangelii, i wybierają taką drogę. Zdając sobie sprawę z tego, że ta droga wymaga całkowitej przemiany sposobu myślenia, wyciągają z Ewangelii wnioski konsekwentne - wydawałoby się, że nie nowe i oczywiste, a przecież ciągle niepojęte i chętnie traktowane jako utopijne - żeby przełamać podziały społeczne i żeby komuś naprawdę pomóc, nie wystarczy coś mu dać. Ważniejsze jest to, żeby być tam, gdzie on, i w takich warunkach, jak on. Dzielić się można przede wszystkim tym, co mamy naprawdę, miłością Pana Jezusa, i z tą miłością trzeba iść tam, gdzie tlą się ogniska potencjalnych konfliktów. Bo to jej przede wszystkim potrzebuje człowiek - każdy człowiek. I wtedy okazuje się, że biedny i zepchnięty na margines może stawać się bogatszy, bo może zrozumieć tę miłość lepiej i przyjąć ją z większą prostotą (prostota jest jednym z podstawowych pojęć w myśleniu Matki Czackiej).
Róża Czacka musiała słyszeć, że Adam Chmielowski, znany malarz, który jeszcze niedawno wystawiał swoje obrazy w warszawskiej galerii Krywulta, rzucił wszystko i w 1887 roku w Krakowie przyjął habit Trzeciego Zakonu św. Franciszka i imię zakonne Brata Alberta. Wtedy też zamieszkał w ogrzewalni dla bezdomnych. W następnym roku wydrukował "Przewodnik do Reguły III Zakonu" i założył zgromadzenie Albertynów, a po trzech latach zgromadzenie Sióstr Albertynek. To Brat Albert powiedział do braci zdanie, które w bardzo podobnej formie pojawi się po latach w pismach Matki Elżbiety Czackiej: "Jeżeliby cię zawołano do biedaka, idź natychmiast do niego, choćbyś był w świętym zachwyceniu, gdyż opuścisz Chrystusa dla Chrystusa"4. W perspektywie tamtych lat jeszcze bardziej niezrozumiały musiał być wybór Karola de Foucauld, starszego od niej zaledwie o lat kilkanaście potomka arystokratycznej rodziny, który wyświęcony na kapłana w 1901 roku w wieku 43 lat, zaraz potem wyjechał na pustynię, żeby żyć wśród wyznających islam koczujących plemion afrykańskich.
Wydaje się też niemożliwe, żeby już dorosła, wrażliwa dziewczyna nie wiedziała o tym, co działo się w Warszawie w jej najbliższym otoczeniu, choć w odległym pewnie środowisku, i żeby nie docierały do niej gwałtownie próbujące opisać i zmieniać świat teksty jej rówieśników, przede wszystkim Stanisława Brzozowskiego i Janusza Korczaka. Ich rozpaczliwe publicystyczne zmagania uprzedzały o tym, co w końcu musiało wybuchnąć. Pod koniec 1904 roku doszło do burzliwych wystąpień, które trwały przez kilka kolejnych miesięcy. Na Placu Grzybowskim 13 listopada 1904 odbyła się pierwsza zorganizowana przez PPS demonstracja, zakończona interwencją policji i żandarmerii konnej, było kilkanaście ofiar śmiertelnych i kilkudziesięciu rannych. Stamtąd do Zielnej nie było daleko, Róża Czacka na codzienną mszę świętą chodziła najczęściej do kościoła Wszystkich Świętych, znajdującego się właśnie przy Placu Grzybowskim. Brzozowski, wówczas jeden z najpopularniejszych publicystów i pisarzy, pytał też o miejsce i możliwość wiary w konfrontacji z narastającymi konfliktami. Z upływem lat znalazł dla siebie odpowiedź. To on odkrył dla polskiej kultury i przetłumaczył podstawowe dzieło Johna Henry’ego Newmana "Przyświadczenia wiary", czytane także i przez Matkę Czacką. Ta książka, poprzedzona obszernym wstępem tłumacza, stała się jedną z najważniejszych lektur członków "Kółka" ks. Korniłowicza. O aktualności myśli Brzozowskiego po latach pisała w "Verbum" s. Teresa Landy: "Myśl samotnika, który całe życie dążył do prawdy […], który po kolei odrzucał wszystkie sprawdziany zewnętrzne, który miał męstwo zerwać ze wszystkim, co nie było prawdą i zostać sam na sam z Bogiem"5. Autorka w tym tekście, zapewne bezwiednie, posłużyła się formułą zaczerpniętą z tytułu wydanej w 1921 roku, ważnej książki Janusza Korczaka6. Sam Korczak, który jak mało kto ze współczesnych poznał środowiska stołecznej nędzy i próbował w prasie zdawać z niej sprawę, w końcu uznał, że aby cokolwiek zmieniać, nie wystarczy pisać, trzeba zająć się dziećmi i ratować przynajmniej te, na które starczy sił. A równocześnie starał się uświadamiać rodzicom i wychowawcom, jak wrażliwą istotą jest dziecko, żeby więc mogło się rozwijać, potrzebuje nie tylko troski, ale i szacunku. W latach trzydziestych Korczak przyjeżdżał do Lasek, niestety niewiele na ten temat wiadomo.
W takiej atmosferze społecznej i ideowej niewidoma hrabianka przygotowywała się do podjęcia swojej służby. Fundamentem tych przygotowań była codzienna msza i komunia święta. Były też konkretne działania. 19 listopada 1908 roku odbyło się pierwsze spotkanie paru osób zainteresowanych sprawą powołania do życia Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Jego statut został ostatecznie zatwierdzony przez władze rosyjskie dopiero 11 maja 1911 roku. Znalazł się w nim zapis o nauczaniu dzieci niewidomych alfabetem brajla w języku polskim. Pierwsze walne zebranie zatwierdzonego przez władze carskie Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi odbyło się 19 XI 1911. W tym czasie Róża Czacka doprowadziła do otwarcia przy ul. Dzielnej pierwszego schroniska dla niewidomych dziewcząt pod opieką sióstr miłosierdzia. Powstawały kolejne zakłady opiekuńcze. Sama uczyła brajla niewidomych w schronisku i po domach. Przyczyniła się do uruchomienia zakładu koszykarskiego dla niewidomych mężczyzn i Biura Przepisywania Książek, które dało podstawy do utworzenia biblioteki brajlowskiej. Od początku przywiązywała wielką wagę do podnoszenia poziomu wykształcenia i kultury ogólnej. Zajmując się pracą społeczną nie zaniedbywała obowiązków rodzinnych. Najpierw pomagała opiekować się chorym na raka ojcem, który umarł 10 VII 1909. Później pielęgnowała chorą na tę samą chorobą matkę, Zofia Czacka umarła 7 kwietnia 1913. W czasie kolejnej podróży do Francji w 1910 Róża Czacka nawiązała kontakt z francuskim Zgromadzeniem Sióstr Niewidomych św. Pawła, za ich pośrednictwem poznała Maurice de la Sizeranne’a, jednego z twórców nowoczesnej tyflologii, i nawiązała z nim współpracę. Dzięki tym kontaktom Dzieło Lasek będzie już po wojnie nadążało za najnowocześniejszymi osiągnięciami w tej dziedzinie, ale także zapewnią one stałą prenumeratę najważniejszych czasopism z zakresu tyflologii i odnowy życia religijnego oraz dostęp do nowości książkowych. Do końca życia Matka Czacka będzie znakomicie zorientowana w najważniejszych wydarzeniach życia społecznego i intelektualnego. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, wspierane jej energią, poszerzało swoją działalność, dynamicznie rosła liczba jego członków. Rozwijano akcję propagandową, organizowano kwesty na potrzeby Towarzystwa. Opieką Patronatu objęto w domach niewidomych i ich rodziny. Wybuch wojny nie przerwał tej działalności. W czerwcu 1915 roku, kiedy front był jeszcze daleko od Warszawy, Róża Czacka wyjechała do Koniuch, majątku brata Tadeusza na Wołyniu. Latem tego roku, ponieważ front gwałtownie zaczął przesuwać się na wschód, Rosjanie zarządzili ewakuację ludności z zagrożonych terenów. Rodzina Czackich dotarła do Żytomierza, brat postanowił jechać dalej do swojego majątku Borszcze pod Odessą. Róża została sama w Żytomierzu ze względu na bliskość kościoła i możliwość uczestniczenia we mszy świętej. Tam poznała ks. Władysława Krawieckiego i poddała się jego kierownictwu duchowemu.
Jesienią 1916, w wieku 40 lat, pod jego kierunkiem Róża Czacka rozpoczęła nowicjat w III Zakonie św. Franciszka. 19 III 1917 złożyła pierwsze śluby tercjarskie, 15 VIII 1917 śluby wieczyste. 19 XI 1917 otrzymała od biskupa Ignacego Dubowskiego, ordynariusza Diecezji Łucko-Żytomierskiej, pozwolenie na noszenie habitu zakonnego. Po mszy świętej w pałacu biskupim, z rąk ks. Władysława Krawieckiego przyjęła habit
i imię zakonne: siostra Elżbieta od Krzyża. Po latach mówiła: "W Żytomierzu Miłosierdzie Boże wielkie. W Żytomierzu odrzuciłam powoli wszystko"7. Pod koniec 1917 roku do Żytomierza dotarła rewolucja. Zapanował chaos, przez miasto przetaczały się walki. S. Elżbieta Czacka w porę sprowadza do Żytomierza brata z rodziną. Borszcze zostały zniszczone przez zrewoltowanych Kozaków. W maju 1918 roku, jeszcze przed zakończeniem wojny, pociągiem repatriacyjnym Czaccy wracają do Warszawy. Wkrótce potem przyjeżdża też ksiądz Krawiecki, który otacza opieką organizujące się Zgromadzenie. S. Elżbieta na stałe przenosi się z pałacu Czackich do zakładu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi na Polną. Zakład zajmował lokal po byłych koszarach, jak sama wspominała po latach w rozmowie z siostrami, był zapchlony i zapluskwiony. Zamieszkała tam w warunkach skrajnego ubóstwa.
Po powrocie podejmuje u kardynała Kakowskiego starania o zezwolenie na noszenie habitu i utworzenie nowego zgromadzenia. Wtedy po raz pierwszy spotkała pracującego w kurii ks. Korniłowicza. 30 XI 1918 kardynał Kakowski udzielił s. Elżbiecie Czackiej zezwolenia na rozpoczęcie życia wspólnego, przyjmowanie kandydatek do nowego zgromadzenia oraz urządzenie w zakładzie na Polnej kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Dzień 1 XII 1918 uznano za datę powstania Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. s. Elżbieta Czacka wróciła z Wołynia
z radykalną wizją nowej formuły zgromadzenia zakonnego w służbie niewidomym, nawiązującej wprost do tradycji świętego Franciszka. Ta wizja wyłoniła się z ogromnego daru, jaki otrzymała od Boga, daleko wykraczającego poza to, co człowiekowi dostępne na drodze rozumienia czy współodczuwania. Daru przyjmowania osobistego cierpienia jako największej łaski Bożej. Z perspektywy wielu lat tak próbował opisać tę tajemnicę Antoni Marylski: "Matka ani na chwilę nie wykrzywi swego stosunku do ślepoty, którą pojmuje jako krzyż dany od Boga, aby tak jak u niewidomego w Ewangelii sprawy Boże się w niewidomym objawiały. Te sprawy Boże, to jest najwyższy szczyt i ukryty cel dobrze przyjętego cierpienia, jakby nadprzyrodzone powołanie niewidomych, którzy przez pogłębienie życia wewnętrznego służą innym ludziom, że cierpienie dla Boga przyjęte jest przezwyciężalne, jest płodne i dać może radość i pokój, którego wszyscy pragną, a którego źródła nie widzą. Toteż Matka przyjmuje dla swego zgromadzenia godło: ťPokój i radość w KrzyżuŤ"8.
8 XII 1919 w krótkim piśmie dla władz kościelnych s. Elżbieta Czacka formułowała cel nowego Zgromadzenia: "Głównym celem naszym jest wynagradzanie Panu Jezusowi za duchową ślepotę ludzi" 9. W tym zdaniu zawiera się już decydujące o przyszłym kierunku rozwoju całego Dzieła Matki Elżbiety Czackiej nowe podejście do problemu kalectwa. Jej pojawienie się po powrocie z Żytomierza na zebraniu Towarzystwa w habicie wywołało niechętną reakcję, obawiano się zmniejszenia a nawet cofnięcia dotacji. Ona sama nie wyobrażała sobie, żeby można było tworzyć Dzieło pomocy niewidomym bez religijnych podstaw, swoją wiarę uważała za największy skarb, którym może się z nimi dzielić. W cytowanym piśmie w zadziwiający sposób określiła powód założenia nowego zgromadzenia zakonnego. Pisała: "Szczęście, które znalazłam w moim kalectwie, pragnęłam przelać na innych niewidomych, do tego potrzeba było osób, które by zrozumiały tę pracę dla Boga". U podstaw była potrzeba dzielenia się szczęściem, jakie może dać dobre przyjęcie kalectwa. Szczęściem, którego sama naprawdę doświadczyła. Równocześnie miała pełną świadomość trudności związanych z taką postawą. W 1941 roku opowiadała siostrom: "Niesłychanie trudna pozycja, bo wielu ludzi będących poza Kościołem garnęło się do pracy. Katolików bardzo niewielu i rzeczywiście ogromnie pod tym względem było trudno"10. Była jednak pewna, że sens kalectwa można odczytać tylko w świetle Ewangelii. Tu nie było miejsca na sentymentalne współczucie, była konieczność akceptacji swoich fizycznych ograniczeń. Uważała, że bez Ewangelii nie jest to w pełni możliwe, bo upośledzenie zawsze będzie się wydawało niepojętą krzywdą, w której ludzkie pocieszanie w końcu okaże się niewystarczające. 
Ponieważ jej cierpienie, przyjmowane jako łaska, było związane też z kalectwem fizycznym, Matka Czacka - chyba jako jedna z pierwszych - odwraca perspektywę i odkrywa możliwość innego rozumienia kalectwa. Nie chodzi już tylko o maksymę "niewidomy jako człowiek użyteczny". Chodzi o dostrzeżenie, że kalectwo może być pojęciem sięgającym głębiej niż tylko niepełnosprawność fizyczna, a uświadomienie sobie, że osoba niepełnosprawna nie jest mniej warta niż osoba fizycznie zdrowa, może pomóc tym, które uważają się za zdrowe, odkryć własne braki duchowe. Z takiego myślenia Matka Czacka wyciągała wnioski radykalne i zupełnie konkretne - widzieć naprawdę, to znaczy dostrzegać świat takim, jakim chce go mieć Bóg. Widzieć świat pozbawiony łaski Bożej, to znaczy być dotkniętym duchową ślepotą, kalectwem głębszym niż ślepota fizyczna. Takie rozumienie kalectwa dało podstawy dla późniejszego Dzieła Lasek, w tej idei osoby niewidome fizycznie mogą ofiarować swoje cierpienia w intencji przejrzenia osób niewidomych na duszy. W szerszym wymiarze chodzi też o to, że taka wspólnota, w której niewidomi na ciele lub na duszy (a wszyscy po części tacy są) są dla siebie wzajemnie darem, może stawać się znakiem dla świata zaślepionego fałszywymi wartościami i ocenami. Po latach w "Triuno", tekście zawierającym historię i podstawy ideowe dzieła, Matka Czacka napisze: "Dążeniem naszego wychowania niewidomego jest stworzenie nie tylko dzieła charytatywnego, ale osiągnięcie charakteru apostolskiego w możliwie najwyższym stopniu, przy czym rozumiemy tutaj nie apostolstwo głoszenia Prawdy Bożej, do którego ani niewidomi, ani ich wychowawcy nie roszczą sobie praw, ale apostolstwo dawania świadectwa tej Prawdzie przez wprowadzenie jej w życie"11.
20 VII 1920 umarł ks. Władysław Krawiecki, pierwszy kierownik duchowy s. Elżbiety Czackiej i jej dzieła, spowiednikiem sióstr i doradcą w sprawach zgromadzenia i zakładu dla niewidomych został ks. Władysław Korniłowicz. W maju 1921 Antoni Daszewski ofiarował s. Elżbiecie Czackiej 5 morgów nieużytków w Laskach. Zarząd TOnO postanowił zbudować tam zakład dla niewidomych. W tym samym czasie, w 1921 i 1922 roku s. Elżbieta Czacka przechodzi dwie operacje nowotworowe. Przed pierwszą operacją w uroczystym akcie złożonym na ręce ks. Korniłowicza ofiarowała się Bogu na całopalną ofiarę. Podczas jej pobytu w szpitalu ks. Korniłowicz przyprowadził do niej Antoniego Marylskiego, który stanie się jej najbliższym współpracownikiem i przyjacielem. Marylski tak opisał to spotkanie: "To, co mnie uderzyło i zniewoliło od razu, dlaczego po paru miesiącach zgłosiłem się jej do pomocy - to było olśnienie faktem, że może być taka promienna radość w podwójnym cierpieniu ślepoty i fizycznego bólu"12. Tej radości nie było w stanie stłumić cierpienie ani codzienne udręki. Po jej wyjściu ze szpitala Zarząd TOnO złożył mandaty nie przyjmując kierunku religijnego proponowanego przez s. Elżbietę Czacką. 14 VII 1922 ukonstytuował się nowy Zarząd z s. Elżbietą Czacką jako prezesem. Antoni Marylski, skarbnik, otrzymał delegację do prowadzenia budowy zakładu w Laskach. 15 II 1923 podczas pierwszej Kapituły Zgromadzenia, której przewodniczył biskup Stanisław Gall, s. Elżbieta Czacka została Przełożoną Generalną Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. 25 III 1925 przeniosła się na stałe do budującego się Zakładu dla Niewidomych w Laskach. 24 XII 1925 poświęcono kaplicę zakładową.
Budowa Zakładu wiązała się z ogromnymi trudnościami materialnymi i organizacyjnymi. Warunki życiowe na początku były bardziej niż skromne, współpracownicy często nie stawali na wysokości zadania. A przecież osobowość Matki Elżbiety Czackiej i świadectwo Dzieła Lasek przyciągały ludzi z najróżniejszych środowisk. Do grona sióstr i najbliższych współpracowników włączają się członkowie "Kółka" prowadzonego dla młodej inteligencji przez ks. Korniłowicza. Wśród pierwszych sióstr była rzeźbiarka, zmarła jeszcze w nowicjacie na gruźlicę, s. Katarzyna Zofia Sokołowska. Z "Kółka" wywodziła się też bliska współpracownica Matki Czackiej i współredaktorka jej tekstów, s. Teresa Zofia Landy. Ks. Korniłowicz, od 1930 roku stale mieszkający w Laskach, będzie dbał o czytelność i piękno laskowskiej liturgii. Wspólnie z Matką wprowadzali do liturgii odnawiający się chorał gregoriański. Do Dzieła Lasek została włączona Biblioteka Wiedzy Religijnej oraz wydawnictwo Verbum publikujące pod tym samym tytułem kwartalnik poświęcony problemom religijnym, filozoficznym, społecznym i literackim. Żeby sprostać potrzebom wielu różnych ludzi trafiających do Lasek, zbudowano w 1933 roku Dom Rekolekcyjny. Przyjeżdżało tam wiele osób należących do elit kulturalnych przedwojennej, a potem i powojennej Polski. Dzieło rozszerzało swoją działalność, podejmowało kolejne działania i potrzebowało coraz większej ilości osób chętnych do współpracy.
Jedną z istotnych trudności w funkcjonowaniu Zgromadzenia był brak stabilizacji prawnej - konstytucje zatwierdzano na okres kilku lat. Część środowisk kościelnych traktowała Laski z dużą nieufnością. W latach 1934-1935 odbyła się drobiazgowa i niewolna od niechęci kontrola wizytatora kurialnego. Zasady współpracy wszystkich istniejących w Laskach instytucji nie mieściły się w utartych schematach myślenia. Na różnych polach, zgodnie z posiadanymi kompetencjami, współdziałali tu ze sobą ludzie świeccy i siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża, które powinny być, według założeń Matki Czackiej przedstawionych w specjalnym memoriale skierowanym do papieża Piusa XI, przygotowane do podejmowania bardzo różnych zadań w zależności od bieżących potrzeb. Cały majątek Lasek był własnością TOnO, Zgromadzenie pełniło rolę służebną, nie miało żadnych zabezpieczeń materialnych. U podstaw funkcjonowania Dzieła było zaufanie założycielki do Opatrzności, ale i do ludzi, z gotowością na przyjęcie ryzyka, jakie może się z tym wiązać.
23 czerwca 1937 roku Pius XI przyjął ją na prywatnej audiencji i błogosławił "tak pięknemu dziełu" 13.
Matka Elżbieta Czacka ogromnie dużo pracowała zajmując się działalnością formacyjną, wychowawczą i organizacyjną, ale także zwyczajnym kwestowaniem na potrzeby Zakładu. Przygotowywała, najczęściej we współpracy z innymi siostrami, teksty dotyczące kształcenia i wychowania niewidomych oraz organizacji pracy w Laskach. Pisała regulaminy. Opracowała dostosowane do polskiego systemu ortograficznego skróty brajlowskie. Prowadziła rekolekcje i wygłaszała konferencje dla sióstr. Istnieje też jej bardzo obfita korespondencja, zarówno urzędowa, jak rodzinna i osobista. Zachowało się kilkaset listów do Antoniego Marylskiego. Matka często pisała korzystając z pomocy sekretarek, ale listy osobiste pisała sama na czarnodrukowej maszynie. W latach 1927-1934 na polecenie ojca Korniłowicza zaczęła spisywać swoje przemyślenia na temat Dzieła, jego podstaw ideowych i zadań, na temat Zgromadzenia, a także refleksje najbardziej osobiste. Wszystkie starannie datowała, dzięki temu wiemy, że bywały okresy, kiedy wśród nawału innej pracy zapisywała je niemal codziennie. Zapewne jeszcze przed wojną podzielono
je na dwa zbiory - jeden bardziej osobisty i drugi, związany z Dziełem. Fragmenty z tego drugiego wybierano, przepisywano pod tytułem "Dyrektorium" i dawano do czytania. Siostry notowały to, co Matka Czacka mówiła podczas wygłaszanych do nich konferencji.
Rozwój Dzieła Lasek przerwała druga wojna światowa. W dniach 17-20 września 1939 na terenie Zakładu toczyła się bitwa, zniszczeniu uległo 75% budynków. Niemcy pozostawili Zakład opiekujący się niewidomymi, pozwalając tylko na nauczanie elementarne i zawodowe. Siostry pochodzenia żydowskiego musiały szukać schronienia gdzie indziej. Laski włączyły się w działalność konspiracyjną, na terenie Zakładu powstała komórka Armii Krajowej, a w Domu Rekolekcyjnym w 1944 roku szpital powstańczy. Matka Czacka, która we wrześniu 1939 była w Warszawie, została ciężko ranna pod g ruzami posesji na ul. Wolność. Po 3 dniach tułaczki po bombardowanym mieście, 27 września została poddana operacji bez znieczulenia, usunięto jej zmiażdżoną gałkę oczną, złożono złamane ramię.
Od 1942 roku do końca wojny w Laskach przebywał ks. Stefan Wyszyński, od dawna z nią zaprzyjaźniony. Ks. Korniłowicz w obawie przed aresztowaniem zamieszkał w Żułowie, gdzie był drugi dom Zgromadzenia. Wrócił w lutym 1945, 26 września 1946 umarł na raka mózgu. Po wojnie natychmiast przystąpiono od odbudowy Zakładu. Od samego początku trzeba też było bronić się przed decyzjami nowych władz, które dążyły do drastycznego ograniczenia działalności charytatywnej i społecznej wszelkich organizacji kościelnych, i zachować tyle, ile w nowych warunkach było możliwe. Matka Elżbieta Czacka przystąpiła do porządkowania swoich tekstów, zajęła się opracowywaniem "Dyrektorium", którego główny zarys ukończyła w 1950 roku. W 1948 roku po wylewie krwi do mózgu pozostał częściowy paraliż. 10 VI 1950 oficjalnie zrezygnowała z przełożeństwa, odczytano dekret prymasa Wyszyńskiego o mianowaniu Przełożoną Generalną s. Benedykty Woyczyńskiej. 12 VI 1950 został opublikowany "List okólny" Matki Czackiej powiadamiający o rezygnacji i zapewniający o stałym zainteresowaniu sprawami niewidomych. Od połowy 1951 roku, po kolejnym załamaniu stanu zdrowia, w pokoju przylegającym do kaplicy spędziła dziesięć lat ciężko chora, wyłączona z czynnego życia, oddana modlitwie. 30 IV 1961 doszło do kolejnego wylewu i postępującego paraliżu. Matka Elżbieta Czacka umarła 15 maja 1961 w Laskach i została pochowana na miejscowym cmentarzu.
Maria Prussak
Z "Wprowadzenia" do I tomu pism Matki Elżbiety Czackiej, zawierającego "Notatki", wydanego przez UKSW (2006)

E. Jabłońska-Deptuła Matka Elżbieta Czacka
i Dzieło Lasek, Lublin 2002
s. Jadwiga Stabińska Matka Elżbieta Czacka. Wydanie drugie uzupełnione, opatrzone Wyborem Pism, [Wydano nakładem Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz TOnO]
M. Żółtowski
Blask prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża Czacka i jej Dzieło. Wydanie drugie,
Lublin 2005

1 Tekst przemówienia w "Wspomnienia o Matce Czackiej", maszynopis powielony, s. 13, AMCz.
2 Najpełniejszą biografię Matli Elżbiety Czackiej zawierają: M. Żółtowski, "Blask prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża Czacka i jej Dzieło", Lublin 1999; E. Jabłońska-Deptuła, "Matka Elżbieta Czacka i Dzieło Lasek", Lublin 2002.
3 "Gdy w końcu zaczęłam się bawić, wtedy straciłam wzrok" - zanotował ks. Korniłowicz, Opowiadanie Matki zapisane przez O. Korniłowicza, maszynopis s. 1, AMCz,
4/2a.
4 Cyt. za Ks. K. Michalski, "Brat Albert", Kraków 1946, s. 78. Por. Notatki, 20 VIII 1927.
5 Silvester, "Stanisława Brzozowskiego drogi do Rzymu", "Verbum" 1935 nr 3, s. 553.
6 J. Korczak, "Sam na sam z Bogiem. Modlitwy tych, którzy się nie modlą", Warszawa 1922, [książka była postdatowana]; wznowienie w Bibliotece "Więzi" ze słowem wstępnym ks. J. Twardowskiego, Warszawa 2005.
7 Opowiadanie Matki zapisane przez O. Korniłowicza, s. 2.
8 "Wspomnienia o Matce Czackiej", maszynopis powielony, s. 32, AMCz.
9 Maszynopis w AMCz, t. 4, "Notatki biograficzne", 4/7.
10 Z notatek s. Marii Elżbiety Snarskiej po rozmowie z Matką 30 kwietnia 1941, maszynopis w AMCz, t. 4, "Notatki biograficzne", 4/3b.
11 M. E. Czacka, "Triuno", krótsza wersja z 24 stycznia 1936, w: "Ludzie Lasek", oprac. T. Mazowiecki, Warszawa 2000, s. 530.
12 "Wspomnienia o Matce Czackiej", maszynopis powielony, s. 22, AMCz.
13 Zob. E. Jabłońska-Deptuła, "Matka Elżbieta Czacka i Dzieło Lasek", Aneks.
powrót do spisu treści

5. O początkach otwartej pomocy dla osób niewidomych prowadzonej przez Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
opowiada Zofia Morawska, która prawie 76 lat temu zaczęła od Patronatu pracę w Laskach i od 59 lat jest skarbnikiem TOnO.

Zgłaszając się do pracy w 1930 roku miałam bardzo małe pojęcie o Laskach i ich specyfice. Wiedziałam nieco o Matce Czackiej, którą zobaczyłam po raz pierwszy dwa lata wcześniej, w związku z tym, że wraz z ciotką, Teklą Chłapowską, pojechałam do Lasek, gdzie wraz z nią uczestniczyłam w spotkaniu w sprawie niewidomego chłopca, Władka Rubiniaka. Jednak w rozmowie nie brałam udziału. O Laskach wiedziałam tylko tyle, że jest to zakład dla niewidomych dzieci i młodzieży. Przyszło mi wtedy na myśl, żeby zgłosić się tu do pracy. Informowałam się w tej sprawie u mojej krewnej - Ireny Tyszkiewiczowej, pierwszej osoby związanej z Laskami,
z którą się zetknęłam. Istniała już Biblioteka Wiedzy Religijnej, którą prowadziła właśnie Irena Tyszkiewiczowa i moja siostra zaangażowała się do pomocy w tej bibliotece. Dopytywałam się, czy jest taka praca, której mogłabym się podjąć mieszkając w Warszawie, bo w tamtym czasie nie było mowy o dojeżdżaniu
do Lasek.
Sądzę, że w tym miejscu mojej relacji, byłoby pożyteczne w kilku zdaniach wyjaśnić, czym był Patronat i jaka była jego geneza. W tym celu należy się cofnąć do czasu, kiedy Róża Czacka - przygotowując się do pracy z niewidomymi - pojechała do Francji, ten kraj bowiem był prawdopodobnie pierwszym w świecie, a napewno
w Europie, gdzie podjęto próbę opieki i kształcenia niewidomych.
Te prekursorskie działania miały miejsce już w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a więc pod koniec XVIII wieku. Już w roku 1784 powstała pierwsza szkoła dla niewidomych w Paryżu. Otrzymała ona nazwę: Królewski Instytut dla Niewidomych. W czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej zmieniono tę nazwę na Narodowy Instytut dla Niewidomych i tak zostało. Działała później we Francji organizacja o nazwie Association Valantin Hauy pour la bien des Avengles, a założycielem tej organizacji był gorący katolik - Maurice de La Sizeranne. Powstała ona w 1888 roku i dzieliła się na trzy komisje: Komisja Propagandy, Komisja Badań i Nauk oraz Komisja Patronage. Ta ostatnia zajmowała się opieką nad niewidomymi
w miejscu ich zamieszkania. Stąd pochodzi polska nazwa Patronat. Przypomnę jeszcze fragment z książki Alberta Mahauta o Stowarzyszeniu Sizeranne’a, czytanej Matce przez s. Teresę Landy: "Trzeba zadać sobie trud, by doskonale poznać tego, komu pragnie się pomóc. Poznać kim jest, a kim chciałby zostać. Poznać jego aspiracje i możliwości. Zadanie to uda się nam wypełnić, jeżeli włożymy w nie całą naszą inteligencję, wolę, pomysłowość, wreszcie całe serce. Stowarzyszenie nie ma na celu rozdawać jałmużny. Główną pomocą, jakiej udziela, ma być reedukacja, dynamizowanie do czynu, budzenie inicjatyw: w pierwszym rzędzie uczynienie z egzystencji niewidomego użytecznego życia. Praca to światło niewidomego". I dalej, że zadanie to można wypełnić jedynie przy pomocy licznych, gorliwych i posiadających odpowiednie kompetencje przyjaciół. Matka zrozumiała, że potrzeba instytucji, która postawi w Polsce sprawę opieki nad niewidomymi na poziomie europejskim; instytucja ta została pomyślana nie jako zakład opiekuńczy, lecz jako organizacja, która miałaby ogarnąć swym zasięgiem całokształt sprawy niewidomych od strony teoretycznej i praktycznej.
Po powrocie do Polski Matka Czacka rozpoczęła swą działalność na rzecz niewidomych. Uczyła ich brajla i robót ręcznych. Miejscem, gdzie Patronat rozpoczął swą działalność, była Warszawa. Matka Czacka skupiła wokół siebie grupkę ludzi, którzy odwiedzali niewidomych w domach.
Po pewnym czasie, od 1929 roku, rozszerzono tę działalność. Zaczęto wtedy organizować spotkania dla niewidomych w świetlicy mieszczącej się w biurze Towarzystwa, przy ulicy Wolność 4. Podopieczni, a było ich wtedy około 100, byli to ludzie, którzy wzrok stracili na ogół w starszym wieku. Większość z nich nie była zrewalidowana i nie znała brajla. Te spotkania odbywające się regularnie były nie tylko rozrywką, choć niekiedy odbywały się nawet tańce, ale starano się, aby wzbogacały uczestników o pewne wartości duchowe. Dlatego też organizowano pogadanki i wykłady, a także występy zapraszanych artystów, aktorów czy śpiewaków, którzy bezinteresownie występowali dla uczestników tych spotkań. Zawsze też podopieczni dostawali na nich posiłek. Także regularnie odwiedzano podopiecznych w domach i w czasie tych odwiedzin służono różnego rodzaju pomocą, np. czytaniem, sprzątaniem, radą w załatwianiu różnych spraw administracyjnych. Dwa razy w miesiącu Patronat wydawał paczki żywnościowe dla rodzin i osób indywidualnych, zawierające mąkę, kaszę, cukier, herbatę, tłuszcze, a także leki.
Między niewidomymi będącymi pod opieką Patronatu było kilka rodzin bardzo biednych. W sytuacji, kiedy w rodzinie był niewidomy ojciec, żona i dzieci - takie wsparcie w postaci paczek było bardzo pożądane
i pożyteczne, zwłaszcza, że odbywało się to regularnie. Można wymienić jeszcze inne formy działalności Patronatu. Niewidomi mogli bezpłatnie zasięgnąć porady prawnej i uzyskać pomoc lekarską. Szczególnie zasłużoną była tu pani dr Franciszka Burska - laryngolog, która odwiedzała niewidomych w ich domach. Dużym problemem, który Patronat próbował rozwiązać, były sprawy mieszkaniowe. Niekiedy wobec niemożności opłacenia czynszu biedni ludzie - wśród nich także niewidomi - byli eksmitowani. Na Pradze, niedaleko Targowej, był pofabryczny gmach zwany Polus. Tam, w wielkiej sali podzielonej jakimiś prymitywnymi przegrodami, często po prostu szmatami, koczowali wyrzuceni z mieszkań ludzie. Ochotnicy z Patronatu pomagali niewidomym z Polusa znaleźć mieszkanie. Urządzano także letniska dla niewidomych w Grodzisku Mazowieckim na małej posesji Towarzystwa.
Nieco później Patronat założył warsztaty przy ulicy Wolność 4. Dziewczęta uczyły się dziewiarstwa maszynowego, starsze kobiety przędły na kołowrotkach len dla spółdzielni "Ład". Dla mężczyzn zorganizowano warsztaty wikliniarskie. Niektórzy z nich mieli widzące żony i były one zatrudniane przy szyciu bielizny dla wojska, co także stanowiło pomoc finansową dla rodzin niewidomych.
Kim byli ochotnicy Patronatu? Obecnie takich ludzi nazywa się wolontariuszami. Tu nawiasem warto wspomnieć, że wolontariat to wcale nie jest wynalazek czasów współczesnych. Patronat gromadził mężczyzn
i kobiety, którzy mieli potrzebę służyć innym. Część z nich to byli członkowie organizacji studenckich. Prócz nich panie "z towarzystwa", o wysokim statusie społecznym i majątkowym, które nie musiały zajmować się ani pracą zawodową, ani gospodarstwem domowym, mogły więc poświęcić się pracy społecznej. Przykładem będzie tu pani Katarzyna Branicką z Wilanowa, którą znałam jeszcze z Krakowa, czy Halina Stefanowska - żona lekarza, który leczył Piłsudskiego i był przyjacielem Ojca Korniłowicza, Zofia Kurkowska - żona prokuratora i inne.
Tego wszystkiego oczywiście nie wiedziałam, kiedy zaopatrzona w list rekomendacyjny do siostry Teresy Landy 1 listopada 1930 roku zjawiłam się w Laskach. Był tu taki zwyczaj, że jeżeli ktoś zjawiał się niezapowiedziany, musiał poczekać w Kaplicy. Matka Czacka mawiała: "Niech poczeka - to mu nie zaszkodzi". Zwyczaj oczekiwania na Matkę czy Ojca Korniłowicza był czymś zupełnie naturalnym. Laski nie miały żadnej rozmównicy, a ponieważ było ciepło, usiadłam na murku przed kaplicą. Po długiej chwili przyszła do mnie siostra Adela i poinformowała, że siostra Teresa ma rekolekcje i nie może mnie przyjąć, a potem zapytała, w jakiej sprawie przychodzę. Usłyszawszy, że pragnę pracować pomagając niewidomym, zaproponowała mi pracę w Patronacie ze względu na to, że mieszkałam w Warszawie. Udała się następnie do Matki Czackiej, aby zawiadomić Ją o mojej sprawie, po chwili wróciła - przekazała mi wiadomość od Matki. Otóż Matka Czacka sądziła, że najlepiej będzie, abym udała się w najbliższą niedzielę na ulicę Wolność, gdzie odbędzie się zwykłe spotkanie
z niewidomymi. To byłby dobry sposób, aby zapoznać się z ewentualną pracą. Tak też zrobiłam. Siostra Adela opowiadała mi później, że Matka Czacka i pan Marylski byli ciekawi, czy istotnie zdecyduję się
na tę propozycję. Zgłosiłam się, jak mi zalecono, i byłam zdumiona tym, co zobaczyłam. Posiadłość przy ulicy Wolność 4 składała się z kilku pofabrycznych budynków, starych i obdrapanych. W jednym z nich znajdowała się duża sala, w której urządzono świetlicę, skromnie umeblowaną. Zastałam tam grupę niewidomych i Katarzynę Branicka prowadzącą zajęcia. Pani Kasia w tym okresie często przebywała w Patronacie, a w Laskach aż do wojny zajmowała się grupą starszych kobiet, dla których zawsze miała czas, miłe słowo i uśmiech.
Pierwszą funkcją, jaką mi wyznaczono, było przyprowadzanie niewidomej z ulicy Wolność na Polną, gdzie mieściło się biuro przepisywania i korekty książek brajlowskich, czym zajmowali się ochotnicy amatorzy. Później odprowadzałam ją do domu. Była to osoba miła i inteligentna,
to ona uczyła mnie, jak przeprowadzać niewidomego przez ulicę, plac itp. Pierwszego dnia mojej pracy przyszłam wcześnie rano, aby zapoznać się z moimi obowiązkami. Spotkał mnie pan Michał Klimkiewicz, prowadzący wówczas Patronat warszawski. Był to młody absolwent architektury, właśnie ukończył studia i z ramienia Juventus Christiana był członkiem Pomocy Bliźniemu. To właśnie on objaśnił mi, co to jest Patronat, na czym polega jego działalność i wprowadził w pracę.
Już na początku mojej pracy w Patronacie poznałam pana Antoniego Marylskiego, który był prezesem TOnO od 1937 roku i kierował ogólnie pracą wolontariuszy w Patronatach. Spotykał się z nimi i wygłaszał dla nich prelekcje na różne tematy (na przykład o istocie cierpienia). Przed tym niewiele o nim też wiedziałam, dopiero po pewnym czasie mojej pracy w Laskach, kuzynka związana z Czapskimi opowiedziała mi o wyprawie Antoniego Marylskiego i Józefa Czapskiego do Petersburga. Pan Marylski zajmował się nie tylko Patronatem, ale wieloma innymi sprawami w Laskach. W czasie jednego z niedzielnych świetlicowych spotkań wyraził chęć porozmawiania ze mną. Zapytał mnie, czy uczęszczam codziennie na Mszę świętą, czy mam spowiednika (polecił jako spowiednika Ojca Korniłowicza), pytał również, czy czytam książki religijne oraz dotyczące spraw niewidomych. Byłam osobą świecką, a środowisko, w którym dotąd żyłam, nigdy się takimi sprawami nie interesowało, więc rozmowa ta zadziwiła mnie, ale jednocześnie ogromnie ujęła.
W pierwszym okresie dostałam pod opiekę samotną niewidomą. Zaproponował mi to pan Klimkiewicz, jednak pomysł pracy z tą osobą okazał się nieudany, gdyż moja podopieczna sprawiała znaczne kłopoty. Zdarzały się jej próby samobójcze, źle się prowadziła, niekiedy znajdowano ją na ulicy i zabierano do szpitala, chorowała bowiem na płuca. Udało mi się po wielu staraniach umieścić ją w sanatorium w Otwocku. Jednak jej pobyt tam nie trwał długo, bo okazało się, że jest w ciąży. Po kilku dniach musiała wrócić do Warszawy. Na ogół jednak Patronat obejmował opieką osoby dobrze się prowadzące, nie żebrzące. Mimo to zdarzały się różne kłopotliwe sytuacje; np. jeden z podopiecznych zaczął bić panią z opieki społecznej, aż musiała się odgrodzić stołem, ale i w takim trudnym wypadku trzeba było pomóc, bo rodzina krewkiego podopiecznego była bardzo biedna.
Gdy zaczęłam jeździć po całej Polsce, ostoją Patronatu była pani Lidia Ogurkowa, a także cała grupa wolontariuszy związanych z Laskami. Trzeba tu wymienić: Zygmunta Serafinowicza, Witolda Świątkowskiego, Henryka Ruszczyca, Leona Czosnowskiego. Z nimi wszystkimi stykałam się bezpośrednio, bo chociaż pracowałam w Warszawie, od czasu do czasu przyjeżdżałam do Lasek. Wszyscy przyjmowali mnie życzliwie i z uśmiechem, jak w dużej rodzinie. W tamtym okresie pracowników świeckich było niewielu, wszyscy pracowali bezinteresownie, blisko się znali i to wytworzyło głębokie więzi.
W całym okresie międzywojennym moja pomoc Laskom ograniczała się do pracy w Patronacie i pomocy w kweście. Niebawem rozpoczęła się akcja tworzenia nowych oddziałów Patronatu. Pierwszy powstał w Wilnie. Inicjatywa jego utworzenia wyszła od Wiesławy Woyczyńskiej, późniejszej Matki Benedykty. Matka Czacka skierowała do Wilna Antoniego Marylskiego i poleciła mi, abym z nim pojechała. Zebrał się tam zespół pań wywodzących się ze środowiska Uniwersytetu Stefana Batorego. Wiesława była asystentką na Wydziale Filozofii, a jej wcześnie zmarły mąż, Benedykt Woyczyński, profesorem. Z grona tych pań najlepiej pamiętam Ludkę Żebrowską, późniejszą s. M. Antoninę i Jadwigę Staniewicz -
s. M. Wiktorię, której matkę, wdowę po rektorze uniwersytetu, odwiedzałam w Wilnie.
Patronat w Wilnie działał dla niewidomych podobnie jak w Warszawie. Następnie przyszła kolej na Poznań. Tu pracą Patronatu kierowała moja stryjeczna siostra - Józefa z Morawskich Kicińska, która skupiła wokół siebie grupę niepracujących pań. Opiekowały się one pojedynczymi niewidomymi i ich rodzinami. Wśród nich bardzo czynna była Maria Mańkowska, która wyszukiwała niewidomych, załatwiała m. in. sprawy ich dokształcania. Wszystkie niewidome dzieci poznańskie umieszczano
za pośrednictwem gmin w zakładzie dla niewidomych w Bydgoszczy. Był to ustawowy obowiązek pochodzący jeszcze z okresu zaborów. Praca w Patronacie poznańskim rozwijała się bardzo pomyślnie. Powstał tu
i działał z powodzeniem jedyny laskowski sklep (usytuowany blisko Placu Wolności). Sprzedawano tam kosze wiklinowe, galanterię koszykarską, szczotki, wykonywane przez niewidomych w Laskach.
Kolejny Patronat powstał w Chorzowie dla niewidomych Górnego Śląska. Starsi niewidomi z tej części Polski byli kształceni jeszcze przed pierwszą wojną światową we Wrocławiu. Wśród nich był pewien niewidomy - Emil Czogała, który był człowiekiem bardzo prawym i odznaczającym się wybitną inteligencją. Kiedy dowiedział się o istnieniu Towarzystwa, przyjechał do Lasek, do Matki Czackiej i zaproponował, aby Towarzystwo przejęło placówkę na Śląsku. Posiadała ona dom dla niewidomych w Chorzowie przy ulicy Hajduckiej. Znajdowały się tam warsztaty, można więc było rozwinąć pracę. Z Lasek zostali wydelegowani nauczyciele: Antonina Kalicianka i Stefan Rakoczy, którzy uczyli wikliniarstwa i szczotkarstwa, a jeszcze jedna nauczycielka zajęła się nauczaniem brajla. Cała trójka to byli niewidomi wychowankowie Lasek. Zorganizowano również pracę chałupniczą. Mieliśmy do dyspozycji samochód i nasz pracownik rozwoził materiały potrzebne do wyrobu szczotek do mieszkań niewidomych, a potem zbierał wykonane produkty. Za tę pracę niewidomi otrzymywali zapłatę na miejscu. Natomiast niewidome dzieci na podstawie porozumienia z wojewodą śląskim, panem Grażyńskim, kierowane były do Lasek. Raz na miesiąc odbywały się przy ulicy Hajduckiej spotkania, podobnie jak w Warszawie. Rozpoczynały się one Mszą świętą, a potem odbywało się spotkanie. Antoni Marylski zawsze w tym uczestniczył i wygłaszał dla niewidomych przemówienie, poczem miały miejsce indywidualne rozmowy, podczas których niewidomi mogli uzyskać radę i pomoc w swoich osobistych problemach. I tu, jak w poprzednich miastach, zebrała się grupa kilku pań, których mężowie pracowali w przemyśle. Dysponując wolnym czasem często się spotykały i omawiały bieżące sprawy. W tych spotkaniach uczestniczył również młody człowiek, sekretarz wojewody - pan Marszałek. Dwa lata przed wojną, w 1937 roku, przyjechały do domu przy ulicy Hajduckiej siostry z Lasek na czele z siostrą Wacławą Iwaszkiewicz. One także odbywały wizyty w domach poszczególnych niewidomych.
Często dojeżdżałam na Śląsk sama, bez Antoniego Marylskiego, gdy ważne zajęcia zatrzymywały go w Laskach. W czasie jednego z moich dłuższych pobytów na Śląsku udało mi się odwiedzić stu niewidomych
i przeprowadzić z nimi wywiady. Nie miałam z tym trudności, bo środowisko było sympatyczne, przeważnie górnicy.
Patronat w Chorzowie istniał do wojny, czyli do 1939 roku. Na Śląsk wkroczyli Niemcy i z konieczności praca została przerwana. Po zakończeniu działań wojennych Antoni Marylski polecił mi pojechać do Chorzowa, żeby zorientować się, czy jest możliwość kontynuowania pracy Patronatu. Zastałam tam jedną z naszych dawnych niewidomych instruktorek, panią Anielę Gordacz, która na wstępie poinformowała mnie, że miejscowi niewidomi nie chcą już dalej z nami współpracować i zakładają własny związek. Tak zakończył się epizod śląski.
Istniał jeszcze jeden Patronat w Krakowie, o którym wiemy najmniej. Założycielką była tu Zofia Kurkowska, która z nami ongiś współpracowała w Warszawie. Jej mąż, sędzia, został przeniesiony do Krakowa i ona także się tam z nim przeniosła. Była to osoba cicha, skromna, ale działająca bardzo sprawnie.
Tak powstawały Patronaty. Ich właściwym twórcą był Antoni Marylski. Wkładał w to bardzo wiele pracy, co miesiąc dojeżdżał do poszczególnych placówek, chociaż, szczególnie w późniejszym okresie, bardzo źle znosił podróże trzecią klasą pociągu. W czasie jego wyjazdów Matka Czacka zastępowała go w Laskach. Sama nigdy nie była w żadnym z Patronatów: ani Wilnie, ani w Chorzowie, ani w Poznaniu. Ufała panu Marylskiemu całkowicie i była pewna, że każda praca wykonywana przez niego będzie przeprowadzona porządnie i skutecznie.
Ludzie Lasek Opracował i wstępem opatrzył T. Mazowiecki, Biblioteka "WIĘZI" Tom 56, Warszawa 2000
J. Moskwa
Antoni Marylski i Laski, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 1987
powrót do spisu treści

6. Warto mieć zawód

Coraz częściej zauważa się, że stopień wykształcenia społeczeństwa i konkurencyjność jego siły roboczej zależy głównie od osiągniętego poziomu wykształcenia ogólnego. Jest to jednak argument dyskusyjny, nie znajdujący potwierdzenia w doświadczeniach wielu państw europejskich, które szczególną wagę przywiązują do kształcenia zawodowego, a jednocześnie ich gospodarka wykazuje cechy konkurencyjności wobec innych. Wykształcenie zawodowe przeważa w Niemczech (77% uczących się), w Austrii (77%), w Szwajcarii (69%), na Słowacji (67%) czy Węgrzech (73%).
Warto zaznaczyć również, że w krajach, w których przywiązuje się uwagę do kształcenia zawodowego, osiąga się wyższy poziom zatrudnienia młodzieży, niż w krajach o przewadze kształcenia akademickiego, takich jak choćby Włochy czy Hiszpania.
Bezrobocie wśród młodych osób wiąże się bowiem ściśle z edukacją, a przede wszystkim z dobrym przygotowaniem do pracy zawodowej. Potwierdzają to socjologiczne badania międzynarodowe. W państwach rozwiniętych gospodarczo najwyższy stopień bezrobocia dotyka obywateli nie posiadających żadnych kwalifikacji zawodowych. Inne interesujące badania porównawcze pokazują, że najniższy wskaźnik bezrobocia wśród młodzieży występuje w tych krajach, w których przygotowują się oni do pracy w zasadniczych szkołach zawodowych w systemie przemiennym, czyli jednocześnie pracują i uczą się. Najwyższy poziom bezrobocia istnieje wśród młodzieży tych państw, w których edukacja zawodowa jest realizowana jedynie w szkołach maturalnych.
Warto zatem, by zaczęła się odradzać myśl - początek zmian zasygnalizowano w dokumencie Ministerstwa Edukacji Narodowej "Strategia państwa dla młodzieży na lata 2003 - 2012" - o wartości kształcenia zawodowego, zwłaszcza w naszym kraju, bowiem od lat mamy do czynienia ze stereotypem "gorszego" wykształcenia zawodowego. Przytaczane wyniki badań międzynarodowych mówią jednak o całkowicie odmiennej kwestii. Warto uczyć się zawodu, ponieważ rynek pracy (nie tylko rodzimy) pilnie potrzebuje fachowców: dobrze przygotowanych, doświadczonych, odpowiedzialnych i kreatywnych.
tc
powrót do spisu treści

7. Technik masażysta

Technik masażysta świadczy - we współpracy z lekarzami i magistrami rehabilitacji - usługi ściśle związane z realizacją zadań opieki zdrowotnej, szczególnie z rehabilitacją. Jego zadania zawodowe można określić następująco:
- wykrywanie i usuwanie zmian chorobowych układu nerwowego, narządów wewnętrznych, mięśni, stawów i kończyn;
- prowadzenie rehabilitacji leczniczej zabiegami manualnymi za pomocą najnowszych technik masażu;
- współudział w wykonywaniu kompleksowej rehabilitacji;
- rozpoznanie i ocena stanu pacjenta, u którego prowadzona jest rehabilitacja;
- prowadzenie działań usprawniających sportowców.
Technik masażysta jest zatrudniany w publicznych i niepublicznych placówkach zdrowia - szpitalach, klinikach i instytutach, w różnego rodzaju przychodniach i sanatoriach. Masażyści znajdują miejsce pracy w gabinetach odnowy biologicznej i gabinetach kosmetycznych oraz w klubach sportowych. Prowadzą też działalność gospodarczą - prywatne gabinety masażu i praktyka prywatna.
Kształcenie w tym zawodzie oferują:
- Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Młodzieży Niewidomej i Słabowidzącej: 41-500 Chorzów, ul. Hajducka 22; tel./fax (0-32) 241-49-62; www.osw.sląsk.pl
• Szkoła Policealna Integracyjna Masażu Leczniczego Nr 2: 30-079 Kraków, ul. Królewska 86; tel. (0-12) 638-56-61; www.masaz.home.pl
- Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych: Laski,
ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin; tel. (0-22) 752-30-00, fax (0-22) 752-30-09
- Medyczne Studium Zawodowe: 20-090 Lublin, ul. Jaczewskiego 5; tel. (0-81) 747-80-81; www.msz.lublin.pl
- Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Słabowidzących i Niewidomych: 91-866 Łódź, ul. Dziewanny 24; tel./fax (0-42) 657-78-11 657-79-11; www.blind.edu.pl
- Ośrodek Szkolno - Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych: 53-125 Wrocław, ul. Kasztanowa 3a/5; tel./fax (071) 337-25-26; www.oswdn.pl
tc
powrót do spisu treści

8. Jeśli chcesz być masażystą, rozważ...

Zwykło się traktować zawód masażysty jako "najlepszy dla niewidomych". Niektórzy podkreślają wagę istotnie bardziej rozwiniętej wrażliwości osób niewidomych na takie cechy percepcji zmysłowej, jak dotyk, ciepło, łatwość nadawania znaczenia informacjom zawartym na przykład w różnych obrazach dotykanych powierzchni. Z drugiej strony - prawdopodobnie na szczęście już coraz rzadziej - wyrażane jest przekonanie, że wykonywanie tego zawodu przez osoby niewidome jest - może poza szczotkarstwem - tym, co niemal wyłącznie mogą one robić. Tak, czy inaczej, zawód masażysty w jakiś sposób przylgnął do niewidomych i czasem nawet - będąc osobą niewidomą - można spotkać się ze zdziwieniem otoczenia z faktu, że się go nie wykonuje.
Chcemy zwrócić uwagę na kilka spraw, które mogą być pomocne osobom rozważającym możliwość pracy w tym zawodzie; wydaje się jednak, że ważne byłoby, aby najgłębszy wybór zawodu masażysty dokonał się gdzieś w głębi serca i wiązał się z tym, co określa się wewnętrzną motywacją, rozumianą m. in. jako chęć pomocy innym, przekonanie o tym, że można przeżywać swoje cierpienie dzieląc się z innymi własnym nastawieniem do choroby, do siebie samego, do szeroko rozumianego świata.
O co warto więc zapytać siebie dokonując wyboru zawodu masażysty i co uznać za ważne z punktu widzenia tej decyzji?
Masażyści, skupieni w sekcji niewidomych masażystów, podkreślają oczywiście fachowość, rozumianą nie tylko jako zbiór praktycznych umiejętności i konieczny aparat pojęciowy, która każe posługiwać się znanym wszystkim masażystom językiem (czasem nawet slangiem), ale też jako umiejętność i gotowość do odpowiadania pacjentowi na jego proste - wydawałoby się pytania, np. "ile mam kręgów ?", "co daje masaż?", "co to jest dyskopatia?", "czy w moim wypadku bardziej wskazany jest masaż, czy gimnastyka ?", "dlaczego mnie to boli?". Prawdopodobnie niektóre z tych pytań mogą niekiedy drażnić - zwłaszcza, gdy tego samego dnia trzeba na nie odpowiedzieć po raz któryś i pewnie nie ma łatwej recepty na to, co zrobić następnym razem. Ważne jest jednak, by nie urazić pacjenta odpowiedziami typu: "jak boli, to znaczy, że się żyje; musi boleć" itd. Może warto odroczyć wtedy odpowiedź i powiedzieć choćby tak: "odpowiem, gdy bardziej zorientuję się w pani/pana stanie".
Jeśli rozważasz wybór zawodu masażysty i myślisz o sobie: "jestem nieśmiały/a, zamknięty/a", nie musi to wcale przekreślać twojego wyboru. Jeśli zazwyczaj, w codziennym życiu - takim jakie ono jest - czujesz się na miejscu, masz poczucie bycia raczej partnerem w większości relacji, w które wchodzisz, czyli jeśli nieśmiałość czy nieco mniejsza łatwość kontaktu z ludźmi jest bardziej cechą twojego temperamentu, niż paraliżującym cię stylem życia, to możesz spokojnie wykonywać zawód masażysty.
Komunikatywność jest raczej umiejętnością rozmowy, a nie przyrodzoną temperamentalnie ekstrawertywnością wiązaną często z dużą łatwością mówienia, wchodzenia w relacje, śmiałością, wesołością itd. W takiej rozmowie akcentuje się bardziej pewną równowagę między mówieniem a słuchaniem pacjenta, przy uwzględnieniu sposobu, w jaki pacjent stawia pytania, rozumie swoją sytuację, a także tego, co jeszcze decyduje powiedzieć ci o sobie. Komunikatywność jest bardziej stylem porozumiewania się, świadectwem wrażliwości na sygnały płynące z zachowania i sposobu wypowiadania się przez innych. Może ona więc być cechą osób, które w potocznym rozumieniu uważane są za śmiałe i otwarte, jak i tych, które są bardziej wyciszone, sprawiają wrażenie nieco bardziej wycofanych w kontakcie.
Jeśli myślisz o zawodzie masażysty, warto przyjrzeć się swojej empatii. Do pewnego stopnia mamy ją wrodzoną, ale też można świadomie ją rozwijać konfrontując się z odczuciami i myślami innych ludzi, rezygnując z łatwych ocen na rzecz rozumienia innych osób, czyli przyjmowania - wcale niekoniecznie zawsze zgadzając się z nimi - ich sposobu odczuwania, myślenia, postrzegania. Na gruncie relacji masażysta - pacjent może to owocować współodczuwaniem z pacjentem jego - szczególnie pewnie psychicznego i egzystencjalnego - bólu, radości i tego wszystkiego, czego doświadcza się wspólnie w stosunkowo częstych kontaktach, a do takich przynajmniej przez kilka tygodni - czasem nawet co jakiś czas - można zaliczyć relację masażysta - pacjent. Czasem jednak, co podkreślają doświadczeni masażyści, mimo głębokiej postawy zrozumienia dla pacjenta, ta sama empatia "podsunie" ci myśli i słowa, które - zachowując pełną akceptację dla osoby - zakwestionują nieco jej obraz tego, co się z nią dzieje, postrzegane przez nią przyczyny cierpienia - upatrywane niekiedy w złośliwości losu, czy obecnym w myśleniu pacjenta, poczuciu skrzywdzenia i niesprawiedliwości. Pacjent może być wtedy na przykład przekonany, że cierpi bardziej, niż inni, że w związku z tym różne rzeczy jemu się należą itd. Chodziłoby tu więc chyba o pewną odwagę masażysty we wspólnym odkrywaniu z pacjentem, że poprawa stanu somatycznego jest ważnym, lecz nie jedynym elementem zdrowienia, że niezbędny jest też jakiś dystans do siebie samego i do tego, co się dzieje; dystans, który osiąga się m.in. poprzez zdrowe spojrzenie na swoją sytuację: bez pomniejszania, ale i bez nadawania temu, co się dzieje, zbyt wielkiego znaczenia; bez szukania winnych za własne cierpienie, ale i bez nadmiernego obwiniania siebie samego.
Twoja osobista świadomość własnych ograniczeń życiowych - ale i możliwości - może być ważnym atutem do rozmowy z pacjentem o jego indywidualnej sytuacji, co wydaje się wcale niemniej ważne, niż stricte lecznicze efekty masażu.
Zachęcamy również, byś podejmując decyzję o wyborze zawodu masażysty zapytał/a siebie, jak czujesz się sam/a ze sobą: czy masz zazwyczaj pewność, co do tego, co robisz; czy zwykle - w różnych sytuacjach życiowych i zawodowych - czujesz się kompetentny/a i skuteczny/a w twoim działaniu; czy wierzysz, że to, co robisz, pozwala tobie samemu/samej w jakiejś mierze realizować się w życiu; czy wierzysz,
że może to mieć znaczenie dla innych ludzi i że możesz im pomóc. Odpowiedzi na te pytania wydają się ważne z punktu widzenia relacji masażysta - pacjent. To ty wnosisz w tę relację fachowość, przekonanie
co do tego, co robisz - pomimo, że czasem nie jesteś do końca pewien efektu; ta wiara powinna towarzyszyć na każdym etapie twojego poszukiwania najlepiej znanego ci sposobu tej pomocy, co do którego masz aktualnie przekonanie. Ta wiara jest potrzebna tobie i niezbędna dla pacjenta; rodzi zaufanie i buduje postawę przezwyciężenia choroby lub nawet życia z nią na miarę możliwości, jakie pacjent rozpozna w sobie, gdy nie da jej się w pełni wyeliminować. Zdrowie bowiem, jak podkreśla Światowa Organizacja Zdrowia WHO, to nie tylko brak choroby, ale też życie z dolegliwościami, uwzględniające zarówno ograniczenia i trudności, jak i najpełniej rozpoznane możliwości.
Wiara ta będzie ci potrzebna również po to, byś w niektórych sytuacjach był/a w relacji z pacjentem tym/tą, który/a "wie lepiej" i nie ulegał/a takim obiegowym przekonaniom, jak na przykład "im masaż bardziej boli, tym jest skuteczniejszy".
Poza tym pacjent musi czuć się bezpieczny w twoich rękach; jeśli tylko jest to możliwe, nie powinien odczuć twojej niepewności czy wahania. To nie znaczy, że nie możesz się mylić, albo że koniecznie właśnie ty masz pomóc temu konkretnemu pacjentowi. Możesz na przykład pokierować pacjenta do kogoś, kto w twoim poczuciu potrafi mu pomóc, ale tu też ważne jest przekonanie co do tego, dlaczego to robisz.
W tym miejscu warto chyba podkreślić rolę szacunku dla samego siebie nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy musisz uznać, że wyczerpałeś/aś swoje możliwości pomocy pacjentowi. Kształtuje się on w nas na przestrzeni całego życia w oparciu o to, jak odbiera nas otoczenie, jak i o to, jaki obraz własnej osoby nosimy w sobie. Ujawnia się w różnorodny sposób w codziennych sytuacjach; często towarzyszy uczuciu ogólnego zadowolenia z życia; wydaje się jednak, że człowiek emocjonalnie dojrzały szanuje siebie również wtedy, gdy na przykład nie wie wszystkiego i w jakiś sposób uznaje swoją ograniczoność. Jeśli więc myślisz o zawodzie masażysty, uznaj, że nigdy nie będziesz wiedział wszystkiego, nawet, jeśli zdobędziesz duże doświadczenie. To może
ci pomóc w zdrowym zdystansowaniu się do tego, co robisz, co wcale nie musi - a nawet nie powinno - wiązać się z mniejszym zaangażowaniem w dążenie do jak największego profesjonalizmu.
Gdy rozważasz wybór zawodu masażysty, przekonaj się, czy masz cnotę humoru, który - nie odbierając powagi - sprawom ważnym dla konkretnych ludzi potrafi uczynić je nieco mniejszymi, sprawiając
na przykład, że pacjent czasem zaśmieje się sam z siebie czy zwróci uwagę na "przysypane" niekiedy problemami drobne radości.
Gdy myślisz o zawodzie masażysty, zobacz, czy jesteś ciekaw innych ludzi, świata, a nawet siebie samego. Ważne byłoby w tym kontekście pytanie o to, czy masz gotowość do uczenia się: zarówno
do zdobywania stricte fachowej wiedzy, jak i do uczenia się z doświadczeń, czasem może od pacjentów i innych terapeutów lub choćby
z własnych błędów.
*
Prawdopodobnie sformułowane w tym artykule pytania, jakie możesz zadać samemu sobie rozważając wybór zawodu masażysty, nie wyczerpują wszystkich; wskazują jedynie na niektóre aspekty tej decyzji
i od ciebie zależy, czy i które z nich uznasz za ważne. Warto podkreślić, że są też takie elementy pracy masażysty, na które ty sam/a nie masz wpływu, jednak dla niektórych pacjentów mają one znaczenie, choćby budowa i siła masażysty, sposób poruszania się itd. Jednak w tym wypadku - zresztą podobnie jak w wypadku wcześniej wspomnianych - być może przydatnych z punktu widzenia twojej decyzji czynników, nie da się powiedzieć, że coś jednoznacznie dyskwalifikuje cię z tego zawodu. Istotną rolę odgrywa tu twoja decyzja i motywacja, a wtedy sam wypracujesz sobie i wymyślisz styl, i możliwy dla ciebie zakres pracy w charakterze masażysty. Być może na niektórych etapach tej drogi będą ci potrzebni inni ludzie, ich doświadczenia, ich profesjonalizm - myślimy tu nie tylko o innych masażystach, ale na przykład o psychoterapeutach, czy innych osobach wspomagających twój rozwój. Ale to ty musisz mieć poczucie kierunku i celu twojej drogi, do którego oni mogą pomóc ci znaleźć klucz.
Izabela Szwarocka

powrót do spisu treści

9. Masaż w Laskach

Myśl o zawodzie masażysty dla osoby niewidomej była bliska Matce Czackiej. Zawsze podkreślała - odwołując się do doświadczeń szkolenia masażystów na świecie - potrzebę starannego wykształcenia niewidomych masażystów. "W Japonii, gdzie cała ludność używa masażu - pisała pod koniec lat 20. XX wieku - fach ten jest zmonopolizowany w rękach niewidomych do tego stopnia, że wyrazy "niewidomy" i "masażysta" są synonimami. W innych krajach, w których sprawa niewidomych jest w pełni rozwoju, niewidomi zajmują się również masażem. Fach ten daje im przyzwoite utrzymanie. W Paryżu, w Londynie i w innych dużych miastach otwarte zostały specjalne kursy dla masażystów. Wykłada się na nich anatomię, fizjologię i inne potrzebne nauki, dające niewidomym poważne, fachowe przygotowanie. Takie fachowe przygotowanie nie tylko pozwala masażyście sumiennie odpowiedzieć wymaganiom klientów, ale jednocześnie pozwala współzawodniczyć z masażystami widzącymi. Kursy dla masażystów powinny więc być poważnie traktowane, nie skracane do kilku miesięcy; powinny obejmować co najmniej trzy lata szkolenia i praktyki.
W krajach, gdzie istnieją kursy masażu dla niewidomych, nie jest jednak łatwo niewidomemu dostać się na nie, a jeszcze trudniej otrzymać po skończeniu kursu konieczny do praktyki dyplom. Wielu warunków potrzeba, by być dopuszczonym na owe kursy. Przede wszystkim potrzebna jest wrodzona inteligencja, wykształcenie średnie, dobre i staranne wychowanie, kultura ogólna, uprzejme i miłe zachowanie, uczciwość, zalety moralne oraz wygląd przyzwoity. Nie mogą być dopuszczeni kandydaci o odrażającym wyglądzie lub tacy, których ręce się pocą. Kształcenie masażystów spośród niewidomych nieodpowiednich przyniosłoby istotną szkodę sprawie niewidomych masażystów, zraziłoby do nich społeczeństwo i odebrałoby im tę możliwość zarobkowania".
*
Pierwszy w Polsce kurs masażu dla osób niewidomych zorganizowano w 1947 roku w Laskach. Jego kierowniczką była s. Monika - Zofia Bohdanowicz; współpracowali z nią s. Katarzyna - Zofia Steinberg, dr Jan Weremowicz i s. Maria Aniela - Salomea Kozłowska. Ten jednoroczny kurs ukończyli: Henryk Karolak, Zygmunt Kowalski, Adolf Szyszko, Stefan Trzpil i Stanisław Wrzeszcz. Towarzystwo pomogło im później w znalezieniu pracy.
W roku szkolnym 1947/48 i następnych dwóch latach trwał również w Laskach kurs, któremu nadano nazwę: Skrócona Trzyletnia Szkoła Masażu Leczniczego i Sportowego. Kierował nim Wacław Józefowicz, nauczyciel prowadzący na obu kursach praktyczną naukę masażu. Kurs ukończyło 23 słuchaczy. W latach 1945-1958 pracowało 28 masażystów - absolwentów Lasek.
W 1982 roku powstało w Laskach Technikum Masażu. Do dzisiaj ukończyło go i otrzymało tytuł: technik masażysta o specjalności masaż leczniczy 86 osób.
tc

powrót do spisu treści

10. Dyplom zdobyłem tak naprawdę jesienią

O swoim zawodowym życiu opowiada Krzysztof Szumlas
W maju 2002 roku zdałem maturę w Technikum Masażu w Laskach, miesiąc później obroniłem dyplom i postanowiłem studiować psychologię. Nie udało się to na Uniwersytecie Warszawskim, spróbowałem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i dziś jestem już na trzecim roku. Pracuję też jako masażysta w ENEL-MED. Współpracuję również zawodowo z psychoteraputą - kinezjologiem. Można powiedzieć, że należę do tych szczęśliwców, którym marzenia się spełniają.
W laskowskim przedszkolu mówiłem wszystkim, że chcę być lekarzem. Wyobrażałem sobie, że będę chirurgiem. Pewno i dlatego po szkole podstawowej pozostałem w Laskach, choć mogłem uczyć się w liceum, w integracji. Wybrałem Technikum Masażu. Tata pochwalił decyzję: "miej zawód, to ci da kiedyś możliwość robienia tego, co cię interesuje". Święte słowa - gdybym nie był masażystą, nie byłoby psychologii. Moje studia i mieszkanie w Warszawie kosztują. Poczułem to mocno już w pierwszym miesiącu nauki. Zarobiłem 200 złotych. Z pomocą przyszli moi pierwsi pacjenci, którzy polecali mnie swoim znajomym i miałem na szczęście coraz więcej pracy.
Tak naprawdę to te pierwsze miesiące to była moja prawdziwa obrona dyplomu. Miałem szczęście - na początku ktoś polecił mnie memu późniejszemu pracodawcy. On nie widział przeszkody w tym, że jestem niewidomy, że świeżo po szkole. Zaproponował etat. W ENEL-MED był oddział rehabilitacji, wyposażony w nowoczesny sprzęt do fizykoterapii i kinezyterapii. Prowadzono leczenie wszystkich schorzeń narządu ruchu, zarówno o charakterze przeciążeniowym, jak i przewlekłym. Specjalizowano się w leczeniu bólów kręgosłupa. Prowadzono również korekcję wad postawy oraz terapię uszkodzeń układu nerwowego u dzieci. Byłem pierwszym masażystą zatrudnionym w tym zespole. Dziś mam zmienniczkę i oboje mamy pełne ręce roboty.
Ale na to trzeba było ciężko zapracować i przekonać o skuteczności mego masażu nie tylko pacjentów, ale i kolegów. Tych ostatnich może zresztą bardziej do tego, że można ze mną współpracować i jakoś normalnie żyć. Ja uczyłem się poruszać bez laski po gabinecie i tak przemierzać drogę do recepcji, oni "ćwiczyli się" w postawieniu na to samo miejsce oliwki czy krzesła... Po 3 miesiącach poczułem, że jestem przyjęty; toczyliśmy normalne rozmowy. Oswojono się z moją niepełnosprawnością. Zobaczono, że jest problem, ale można żyć i pracować; zaadoptować się do warunków świata widzących, dobrze jeśli ten świat tylko to nam trochę ułatwi. Różne przygody z mego życia po niewidomemu stawały się teraz anegdotami opowiadanymi jako dobre kawały...
A pacjentów przybywało - dziś grafik zabiegów do końca jest wypełniony, ale na początku w ciągu 5 godzin było zaledwie trzy osoby na masaż. Testowano mnie bez końca, czy wiem, gdzie jest C5 czy C6; chciano, żebym oglądał zdjęcie radiologiczne i gdy mówiłem, że nie muszę, wpadano w zachwyt nad moimi rękami, które "widzą"... Wiedziano, że studiuję i jestem osobą zawodowo kompetentną, ale niemożliwe, żebym sam żył - bez rodziców czy osób widzących, bo przecież ktoś mnie musiał ... ubierać (!). Szokujący jest poziom niewiedzy społeczeństwa, dotyczący funkcjonowania osób niepełnosprawnych. Pewno dlatego teraz dużo rozmawiam z pacjentami o życiu po niewidomemu.
Ja także musiałem przerobić swoją lekcję niewidzenia. Jestem dojrzalszy o tę mądrość, która wynika z pogodzenia się z tym, że się nie widzi, ale że samo niewidzenie człowieka nie ogranicza, albo ogranicza na tyle, ile siebie on sam ogranicza.
Na psychologię wybrałem się, bo chciałem lepiej rozumieć świat i siebie. Dziś wiem z psychologii społecznej, że kiedy na przystanku pytam
o numer nadjeżdżającego autobusu i nikt nie odpowiada, choć wokół tłum, to efekt rozproszonej odpowiedzialności. Im więcej ludzi, tym większa pewność, że nikt nie udzieli pomocy... Wybrałem seminarium poświęcone stereotypom i uprzedzeniom. Interesuje mnie terapia bólu pewnymi technikami behawioralnymi. Tak psychologia łączy się z masażem. Chciałbym poszerzyć swoje umiejętności zawodowe, przejść dobrą szkołę terapii manualnej czy akupunktury... Niestety często ogranicza się osobom niepełnosprawnym dostęp do takiego szkolenia. Marzę o wyjeździe za granicę i o dalszej nauce, o zdobywaniu kolejnych certyfikatów. Chcę zajmować się psychologią i pracować jako masażysta.
To wszystko jest możliwe. Wymaga pracy. Na szczęście mam naturę górala - zaciskam zęby, jak coś nie wychodzi i i musi pójść. Mój tata zawsze powtarzał, że trzeba ciężko pracować, by do czegoś dojść. Ja jeszcze wiem, że ważne jest pozytywne nastawienie. Napewno uda się zrealizować i to marzenie o studiach gdzieś w świecie.

powrót do spisu treści

11. Krajowa Sekcja Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów

Od 1955 roku przy Polskim Związku Niewidomych działa sekcja niewidomych masażystów. Skupia obecnie ponad 300 członków
z terenu całej Polski: techników masażu leczniczego, fizjoterapii oraz magistrów rehabilitacji i fizjoterapii. Dla potrzeb organizacyjnych utworzono Sekcje Okręgowe, organizujące własne programy szkoleń, promocji i ochrony zdrowia.
We wrześniu 2000 r., na konferencji w Paryżu, poświęconej kształceniu i zatrudnieniu niewidomych w zawodzie masażysty, ogłoszono powstanie Europejskiego Stowarzyszenia Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów Aktivo 2000. KSNM i F niezwłocznie złożyła stosowne dokumenty aplikacyjne i została przyjęta; od maja 2001 r. do maja 2005 r. pozostawała w strukturach Stowarzyszenia.
Obecny Zarząd Krajowej Sekcji Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów stanowią: Wioletta Sulińska (przewodnicząca), Arkadiusz Obrycki (zastępca przewodniczącego), Stanisław Kubica (sekretarz), Andrzej Rzepka (skarbnik) oraz członkowie: Zygmunt Marek Konarzewski i Jacek Seremak.
Zarząd pracuje od lat nad bardzo ważną dla środowiska niewidzących specjalistów medycznych kwestią. Konsultuje tworzenie rządowego projektu ustawy o zawodach medycznych, w której wreszcie ma być wyszczególniony zawód masażysty i określone kwalifikacje zawodowe, jakimi musi się legitymować osoba wykonująca ten zawód. Masażysta będzie musiał być wpisany do rejestru zawodów medycznych, który powinien być utworzony i pracodawca nie będzie mógł zatrudnić osoby, która nie posiada takiego wpisu. Być może wreszcie nastąpi ostateczne rozwiązanie problemu tzw. dzikich kursów masażu i nieuczciwej konkurencji. Będzie to też niewątpliwie z olbrzymią korzyścią dla pacjentów.

*
Oddając do rąk czytelników dwa podwójne numery kwartalnika "Terapia Fizykalna" (2003, nr 1-2/173-174), pisma poświęconego problematyce ludzkiej niepełnosprawności, rozpatrywanej w obszarze wiedzy medycznej, pedagogicznej, psychologicznej, społecznej przypomniała Małgorzata Czerwińska krótko historię polskiego czasopiśmiennictwa dla osób niewidomych i miejsce wydawanego przez ponad 40 lat pisma "Niewidomy Masażysta". Ukazywało się ono jako jeden ze specjalistycznych dodatków do organu prasowego PZN - "Pochodni". Było kwartalnym pismem przedrukowym, wydawanym w systemie L. Braille'a.
Po 1993 roku stało się samodzielnym periodykiem, organem Krajowej Sekcji Niewidomych Masażystów. Zmieniono też nazwę
na "Terapia Fizykalna" z podtytułem "Niewidomy Masażysta" -
co z jednej strony było wyrazem przemian w zakresie rehabilitacji medycznej, z drugiej zaś - szacunku dla wieloletniej edytorskiej tradycji. Publikowano w nim wyłącznie materiały oryginalne, starając się prezentować najnowsze tendencje, kierunki, metody w zakresie rehabilitacji medycznej, zwłaszcza w obszarze zawodowych kompetencji masażystów. Dzięki ścisłej współpracy z Zarządem Krajowej Sekcji Niewidomych Masażystów i sekcjami okręgowymi, czasopismo wyczerpująco informowało o różnych przejawach funkcjonowania środowiska niewidzących specjalistów, zwracając szczególną uwagę na działalność szkoleniową. Służyło podnoszeniu kwalifikacji, obronie miejsca niewidzących specjalistów na medycznym rynku pracy oraz ich integracji społecznej w środowisku zawodowym. Swoje funkcje wypełniało nie tylko dzięki ciągłemu podnoszeniu poziomu merytorycznego, ale także rozszerzeniu form wydawniczych, które obejmowały także wersję w druku zwykłym powiększonym, wersję dźwiękową na kasetach magnetofonowych oraz zapis cyfrowy na dyskietkach ("Terapia Fizykalna" 1993 - 1998).
Niestety, ten pomyślny rozwój pisma został przerwany z powodów finansowych pod koniec 1998 roku. Po wydaniu, z dużym opóźnieniem, dwóch podwójnych numerów za rok 1999-2000 dalsze wydawanie periodyku zostało bezterminowo zawieszone. Zarząd KSNM nie poprzestawał jednak w wysiłkach, zmierzających do pozyskania stosownych środków i reaktywowania periodyku. W 2003 roku udało się wydać wspomniane już dwa podwójne - i niestety ostatnie - numery czasopisma.
tc
www.masaze.org.pl

powrót do spisu treści

12. Wystarczy otworzyć oczy
Już ponad dwa lata temu rozpoczęły się moje zmagania z chorobą oczu. Nie wyobrażałem sobie, że jadąc do kliniki w Katowicach, na planowane dziesięć dni, spędzę tam blisko dwa miesiące. Był to wstrząs, spotęgowany dziwnym przeczuciem, że już nie wrócę do pracy, którą opuszczałem przecież z zamiarem powrotu za parę dni. Szpitalny czas był jednocześnie obietnicą poprawy widzenia, ale zrozumiałem w pewnym momencie, że lekarze, którzy się mną opiekowali, nie mogą zapanować nad sytuacją. Z Katowic dostałem skierowanie do Poznania, gdzie miałem być zdiagnozowany. Wówczas po raz pierwszy usłyszałem
o chorobie Lebera, polegającej na dziedzicznym zaniku nerwu wzrokowego. Przewidywany czas oczekiwania na wynik badania - trzy miesiące. W tym czasie stan wzroku stale się pogarszał. I dlatego jeszcze kilkakrotnie pojawiłem się w sali szpitalnej, gdzie - eksperymentalnie trochę - leczono mnie na zapalenie pozagałkowe nerwu wzrokowego. Po blisko osiemnastu miesiącach dowiedziałem się, że w wyniku defektu genetycznego jestem obarczony chorobą Lebera, która nie daje lekarzom - ani mnie - żadnych szans. Może zabrzmi to dziwnie, ale sprawiło mi to pewną ulgę, bo sytuacja niepewności była dla mnie dużą udręką. Pocieszające jest to, że opis przebiegu tej choroby daje jednak - jak się okazało później - nadzieję szczątkowego widzenia przez całe życie.
Czas do postawienia rzeczywistej diagnozy spędziłem na przygotowaniach do życia w zupełnej ciemności. Znalazłem osobę, która uczyła mnie brajla, pojechałem do Bydgoszczy na kurs rehabilitacji podstawowej, nawiązywałem kontakty z osobami znajdującymi się w podobnej, jak ja, sytuacji. Wreszcie poprosiłem o pomoc Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Każde z tych miejsc i osoby tam spotkane pokazywały mi, że świat nie skończył się - trwa dalej.
Do czasu, kiedy choroba wyrwała mnie z normalnego życia, byłem bardzo aktywny zawodowo. Pracowałem w agencji reklamowej na stanowisku kierownika studia graficznego. Moim zadaniem, oprócz koordynacji pracy zespołu, było nadzorowanie procesu wydawniczego: od projektu do druku, kontakt z klientami i firmami współpracującymi oraz oczywiście praca grafika. Zmiana z tak dużej aktywności na pasywne odliczanie ilości połkniętych tabletek, spowodowała, że zatraciłem poczucie własnej wartości, w tym również społecznej.
Wtedy postanowiłem, że nie poddam się temu, co mnie spotkało
i nieśmiało zacząłem wychodzić z domu. Skontaktowałem się z moimi dawnymi znajomymi, tj. redakcją lokalnej gazety, z którą kiedyś współpracowałem jako grafik komputerowy. Zacząłem pisać o sytuacji osób niepełnosprawnych, bo to wszystko niespodziewanie stało się i moim udziałem. W jednym z artykułów opisałem pracę i zadania, jakie spełnia Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. Umówiłem się na wywiad z dyrektor tej placówki. Pytania spisałem brajlem, odpowiedzi nagrywałem na dyktafon. Wyposażony w udźwiękowiony komputer mogłem tekst zapisać i dostarczyć do redakcji. Starałem się, aby poruszane przeze mnie tematy były interesujące dla osób niepełnosprawnych, ale zawsze też, aby zwracały uwagę osób zdrowych w kierunku słabszych.
Kolejne artykuły mówiły o moich komunikacyjnych przygodach. Przedstawiciel firmy, podlegającej pod ustawę o transporcie zbiorowym, zlustrował kiedyś moją legitymację osoby niepełnosprawnej, przyjrzał mi się badawczo i stwierdził, że nie wyglądam na osobę niezdolną do samodzielnej egzystencji, bo przyszedłem do niego sam i jeszcze jestem dziennikarzem... Tematów było wiele. Ponaglałem opieszałą spółdzielnię mieszkaniową, aby zamontowała poręcze dla osób starszych i niepełnosprawnych. Interwencja odniosła skutek. Apelowałem o poprawę przejść dla pieszych, przy których są skandalicznie wysokie krawędzie, co dla osób na wózkach jest barierą nie do pokonania. Dopytywałem, co robi referat rehabilitacji zawodowej i w czym może pomóc niepełnosprawnym mieszkańcom powiatu.
Ilość spraw, którym poświęcałem uwagę, była duża i jednocześnie ukazywała skalę potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Tak pojawił się też pomysł, aby skłonić lokalnych przewoźników busów, żeby dla osób zrzeszonych w Polskim Związku Niewidomych udzielali ulg w przejazdach. Pojazdy zostały zaopatrzone w specjalnie zaprojektowane naklejki oraz ukazały się artykuły reklamujące postawę właścicieli tych firm.
Odważyłem się powiedzieć głośno światu i sobie: otwórz oczy! Zawiązałem Społeczną Inicjatywę "Otwórz oczy". Miała ona przełamać obojętność społeczeństwa wobec osób z problemem wzroku oraz podjąć zadania z zakresu profilaktyki okulistycznej. Temu celowi służyła akcja "Chroń swoje oczy".
Inicjatywa posiada stronę internetową www.otworzoczy.pl, na której promuję twórczość osób niepełnosprawnych, umieszczam poradniki, jak pomagać osobom z problemem wzroku.
To, co robiłem, zaczęło być zauważane przez media. Za ich pośrednictwem informowałem o tym, co jest w planach Inicjatywy i o kolejnych akcjach.
Podczas nagrywanego reportażu dla Polskiego Radia spytano mnie, jak przyjąłem chorobę i skąd teraz czerpię siły. Odpowiedziałem, że pomocny był stosunek moich przyjaciół, którzy w dramatycznym dla mnie czasie nie odsunęli się i krzepiła mnie ich modlitwa.
Dziś wiem, jakie znaczenie w tym trudzie spełnia też moja wiara. Jest wystawiona na olbrzymią próbę. Brak odpowiedzi na pytanie "Dlaczego ja?" powodował jej zachwianie. Pojawiły się także pytania o sens cierpienia. Z czasem odkryłem niełatwą myśl o Bożym planie wobec mnie. Stawiani byli na mojej drodze ludzie, którzy przywracali mi wartość mnie samego i tego, co robię. W osobliwej scenerii, bo w sali szpitalnej oddziału okulistyki kliniki w Warszawie, poznałem moją obecną narzeczoną, a już niebawem żonę. Przyszła jako kurier z prezentem, znając tylko moje nazwisko i numer sali, i ujrzała we mnie kogoś, z kim można dzielić przyszłość. I Monika pozwoliła mi zobaczyć cel mojego życia.
Od tego momentu zacząłem też szukać pracy, bowiem myśląc o założeniu rodziny nie można tylko żyć działaniami społecznymi. Widziałem, że zadanie to nie będzie łatwe, jednak rynek pracy w stolicy otwierał dużo większe możliwości niż niewielkie miasteczko, skąd pochodzę.
Najpierw rozpocząłem od miejsc, gdzie już byłem znany. Zapytałem także w Laskach, gdzie realizowano projekt finansowany z funduszy unijnych i potrzebowało specjalisty do spraw związanych z promocją. Moim atutem było duże doświadczenie w branży reklamy i osiągnięcia w prowadzeniu Inicjatywy "Otwórz Oczy".
Wróciłem do grafiki komputerowej. Duży monitor, program powiększający pomógł mi postawić pierwsze kroki w nowej sytuacji. Wykorzystuję resztki widzenia. Współpracuję z osobą widzącą.
Parafrazując słowa ks. Jana Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" - ja mówię: "Spieszmy się czynić dobro, tak krótko żyjemy".
Tomasz Wojakowski
powrót do spisu treści


Osoby zainteresowane otrzymaniem bezpłatnie naszego kwartalnika (wersja czarnodrukowa, brajlowska i elektroniczna) proszone są o zgłoszenie zamówienia.
e - mail: biuro@promocjaikariera.pl. Zamawiający pokrywają koszty przesyłki.