Centrum
Aktualności
Czytelnia
Biuletyn
Galeria
Tyflologia
Adresy
Kontakt
Dział Absolwentów
Strona główna

:: tło czarne
:: tło białe


Przedruk i kopiowanie materiałów zamieszczonych na stronie wymaga zgody Biura Centrum



Biuletyn Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku
numer 3(7)/2007
O życiu "po niewidomemu"

Wg projektu graficznego
Tomasza Wojakowskiego

Opracowanie graficzne
Adam Janowski

Fotografie
Archiwum redakcji

Adres redakcji
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
Dział ds. Absolwentów
ul. Brzozowa 75, Laski, 05-080 Izabelin
tel. 022 75 22 225, fax: 022 75 23 360
biuro@promocjaikariera.pl
Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego

Spis treści:

Warsztaty Poszukiwania Pracy
Szósty numer "Biuletynu Centrum"
Kolejny zjazd absolwentów Lasek
O stereotypach na temat osoby niepełnosprawnej
Niepełnosprawny jest osobą
O życiu "po niewidomemu"
O problemie niewidomego w społeczeństwie
O pomocy świadczonej osobom niewidomym w miejscu ich zamieszkania
O roli doradcy zawodowego w rehabilitacji osób nowo ociemniałych
Wspomnienie o pierwszym krajowym duszpasterzu niewidomych - ks. Tadeuszu Fedorowiczu

Warsztaty Poszukiwania Pracy
W dniach 15-16 czerwca br. odbyły się - zorganizowane przez Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku - Warsztaty Poszukiwania Pracy, w których wzięło udział 21 osób niewidzących z terenu całej Polski. Uczestnicy spotkali się w Warszawie w Dworku przy ul. Dankowickiej 18.
W pierwszym dniu przeprowadzono Warsztat Pracownika (sesja nt. "Czego oczekuję od Warsztatów?" pod przewodnictwem Koordynatora Centrum - Krystyny Koniecznej i wykład Teresy Cwaliny "Co to znaczy pracować?"), Warsztat Zatrudnienia (spotkanie z Anną Hurko-Romeyko z Urzędu Pracy m. st. Warszawy) oraz Warsztat Psychologiczny (konwersatorium Izabeli Szwarockiej pt. "Otwarcie na świat"). W ramach zaś Warsztatu Pracodawcy odbyła się sesja wyjazdowa w siedzibie firmy Wittchen w Łomiankach; firmie od lat zaprzyjaźnionej z Laskami, znanej nie tylko w Polsce z ekskluzywnej galanterii i odzieży skórzanej, ale również z przyjaznej postawy wobec osób niepełnosprawnych; firma Wittchen zatrudnia obecnie 156 niepełnosprawnych pracowników.
W drugim dniu zajęć, już w Laskach, Warsztat Prawniczy poprowadził Prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi - mec. Władysław Gołąb; w ćwiczenia warsztatowe włączyli się wszyscy pracownicy Biura Centrum. Poświęcono je przygotowaniu przez uczestników Warsztatów dokumentów aplikacyjnych potrzebnych do zatrudnienia i sprawdzeniu możliwości komunikacyjnych przez każdą z osób w modelowej rozmowie kwalifikacyjnej, podczas której padały najczęściej zadawane przez pracodawców pytania i takie, jakie można zadać pracodawcy.
Uczestnicy Warsztatów otrzymali - w wersji elektronicznej - komplet materiałów pomocnych przy staraniu się o pracę.

powrót do spisu treści

Szósty numer "Biuletynu Centrum"
21 czerwca br. trafił do rąk czytelników szósty już numer "Biuletynu Centrum". Nowy kwartalnik poświęcono możliwościom edukacyjnym uczniów niewidzących. Zaprezentowano m. in. ofertę edukacyjną Lasek oraz pokazano drogę kariery edukacyjnej i zawodowej absolwentów Ośrodka. Do numeru dołączono dwa specjalne druki autorstwa laskowskich licealistów, zatytułowane "Między nami pierwszakami" i "Opowieści różnej treści".
Warto wiedzieć, że wszyscy tegoroczni absolwenci Technikum Masażu i Technikum dla Niewidomych w Laskach przystąpili do matury i Państwowych Egzaminów Zawodowych; zdali je i otrzymali dyplomy potwierdzające zdobycie tytułu: technik masażysta i technik informatyk. Wszyscy też są przyjęci na pierwszy rok studiów na różnych polskich uczelniach.


Kolejny zjazd absolwentów Lasek
W dniu 1 września br. odbył się w Laskach Zjazd Absolwentów - roczników 1983, 1984 i 1985, dawnych uczniów Liceum Zawodowego i Zasadniczej Szkoły Zawodowej. Uczestnicy i goście Zjazdu spotkali się w sali koncertowej Domu Dziewcząt z Zarządem Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi oraz Kierownictwem i Gronem Pedagogicznym Ośrodka. Następnie wszyscy uczestniczyli we Mszy św., potem nawiedzili Zakładowy Cmentarz. Po kolacji w Domu Dziewcząt uczestnicy Zjazdu przeszli do Domu Przyjaciół na wieczorne rozmowy w kręgu znajomych.


Z kalendarza:
4 stycznia - rocznica urodzin Ludwika Braille’a
Trzecia niedziela marca - Międzynarodowy Dzień Inwalidów i Ludzi Niepełnosprawnych
Drugi czwartek października - Światowy Dzień Wzroku
15 października - Międzynarodowy Dzień Białej Laski
13 listopada - Międzynarodowy Dzień Niewidomych

powrót do spisu treści

O stereotypach na temat osoby niepełnosprawnej
mówi pracownik Biura Centrum - Agnieszka Derdziak

W dniach 29-30 maja br. uczestniczyłam w szkoleniu "Na przekór stereotypom". W piętnastoosobowej grupie była - oprócz mnie - tylko jeszcze jedna osoba niepełnosprawna. Wszyscy mieliśmy przyjrzeć się własnej postawie wobec osób niepełnosprawnych i poznać stereotypy na temat niepełnosprawności; zdobyć wiedzę i nauczyć się, w jaki sposób - pracując - modelować postawę i kształtować zachowania niedyskryminacyjne.
Jako osoba niepełnosprawna miałam niezwykłą okazję poznania tzw. prawdy o niepełnosprawnych; doświadczyłam sytuacji, w jakich często znajdują się osoby niepełnosprawne w kontakcie m. in. z pracodawcami. Stereotyp osoby niepełnosprawnej głosi, że niepełnosprawni to ludzie nieszczęśliwi, bezradni, niezdolni do podejmowania samodzielnych decyzji i dokonywania wyborów; są powolni; w wielu sprawach trzeba ich wyręczać. Nie mogą więc być dobrymi, w pełni wydajnymi pracownikami; po prostu więcej "kosztują" pracodawców, bo mają inne - czytaj większe - wymagania i potrzeby niż pracownicy sprawni. Zrozumiałym jest więc fakt, że mało zarabiają. Stereotypowo uznaje się też, że wszystkie osoby niepełnosprawne cechuje postawa roszczeniowa, zgorzknienia i złośliwość. Są nieodpowiedzialne, a nawet niebezpieczne i dlatego niepełnosprawny pracownik psuje również wizerunek firmy; odpycha klientów i stąd kolejne przekonanie, że niepełnosprawni powinni funkcjonować tylko w środowisku "podobnym" do siebie albo siedzieć w domu, bo nie są zdolni do pełnienia jakichkolwiek ról społecznych. Mogą być tylko ciężarem dla swoich bliskich, bo nie można się porozumieć z niepełnosprawnym; są smutni - nie mają rozrywek, nie potrafią bawić się; nie mają przyjaciół, nie nawiązują kontaktów, nie potrafią kochać i są niezdolni do samodzielnej egzystencji, więc nie powinni też zakładać rodziny; nie powinni - lub nie podejmują - współżycia seksualnego. Niepełnosprawni - podsumujmy w końcu te stereotypowe sądy - są skazani na pomoc innych.
Jestem osobą z dysfunkcją wzroku i niedosłyszącą, ale także oligofrenopedagogiem i tyflolopedagogiem. Pracuję. Pełnię też funkcję przewodniczącej sekcji młodych w Towarzystwie Pomocy Głuchoniewidomym. Nie cierpię na samotność, kocham i jestem kochana. Lubię się śmiać. Zupełnie nie pasuję do obiegowych sądów o osobach niepełnosprawnych. Grupa, z którą byłam na zajęciach, traktowała mnie tak samo jak każdego pełnosprawnego uczestnika szkolenia; tylko osoby prowadzące zajęcia pytały się raz po raz: "czy widzę i słyszę?".
Widziałam i słyszałam, choć niełatwo było mi słuchać, bo dawno nie padło tak wiele nieprawdziwych twierdzeń o osobach niepełnosprawnych i zdałam sobie sprawę, że przed nami - ludźmi sprawnymi i niepełnosprawnymi, którym na sercu leży dobro osób niepełnosprawnych, wciąż nie lada praca.

powrót do spisu treści


Niepełnosprawny jest osobą
przypomina filozof - ks. prof. Jan Sochoń,
od lat zaprzyjaźniony z Laskami

Osoba niepełnosprawna jest osobą. Znaczy to, że nic nie zostało ujęte z twórczych możliwości, jakie jej przynależą z racji stworzenia. Ograniczoność fizyczna jest zaledwie brakiem w sferze zewnętrznej, nie dotyczy natomiast tego, co stanowi o aktywności decyzyjnej, w niczym nie umniejsza pozycji człowieka. Trzeba koniecznie przekreślić nawyki językowe, dotyczące niepełnosprawności. Ciało ludzkie, choć konieczne, nie jest najważniejsze w strukturze bytowej człowieka. Nie stanowi czynnika samodzielnego. Dopiero wraz z porządkiem duchowym stanowi, by tak określić, całość antropologiczną. Dlatego niesprawność jest tylko nietypowością, a ona przecież nie jest i być nie może wadą. To czy dysponujemy na przykład lepszym czy gorszym wzrokiem, nie ma istotnego znaczenia w osobowym byciu. Można daną kwestię właściwie pojmować, oddawać się medytacjom metafizycznym, nie dysponując możliwością poruszania się czy doskonałego słyszenia. Z punktu widzenia, że się jest człowiekiem, liczy się zupełnie coś innego, mianowicie zdolność pojmowania rzeczywistości i rozumne odnoszenie się do wszystkich bytów oraz że kocha się i wierzy osobom. Człowiek najpełniej przedstawia się w relacjach osobowych, w tym, że ustosunkowuje się z miłością i wiarą do ludzi i do Boga. Jako osoba nie wyraża się w tym, że dobrze widzi lub dobrze słyszy, ale w tym, że kocha i wierzy.
Niemowlęta i ludzie starsi też są swoiście niepełnosprawni. I nie mamy do nich o to żalu. Ale trzeba zauważyć, że bliskość osoby niepełnosprawnej powoduje w nas też niekiedy odczucie zniecierpliwienia, zażenowania, a zdarza się, że i agresji. Chcąc uniknąć niezręcznej sytuacji najczęściej przyśpieszamy kroku, albo odwracamy wzrok. Brak udogodnień dla osób niepełnosprawnych też o tym świadczy.
Oczywiście, jeżeli przyjmiemy, że zasługujące życie w społeczności polega jedynie na kreatywnej aktywności, wytwarzaniu najróżniejszych dóbr, wówczas, chcąc nie chcąc, będziemy uważali często osoby niepełnosprawne za nieużyteczne.
Niepełnosprawność nie jest więc przeszkodą w rozwijaniu egzystencjalnych potencjalności. Niekiedy wzmacnia i przydaje im znaczeń. Jednak pod pewnymi warunkami. Mam na myśli przede wszystkim postawę radykalnej akceptacji samego siebie, która w przypadku osoby niepełnosprawnej jest czymś niezbywalnym. Bez niej nie mogą udać się żadne życiowe przedsięwzięcia ani spełnić nadzieje. W takiej sytuacji bowiem nie jest trudno o zniechęcenie, żal, a nawet rozpacz. I nikt się specjalnie temu nie dziwi, rozumiejąc dramatyzm całej sprawy.
Tymczasem warto zastanowić się i zauważyć, że każdy z ludzi - nie wyłączając osoby niepełnosprawne - objawia siebie w czynach. Niezbędne pozostają emocje, nastroje, żale i zatroskania, lecz muszą się one znajdować na obrzeżach życia. Liczy się przede wszystkim duchowy czyn, zwłaszcza wtedy, kiedy unieruchomieni zostaliśmy na wózku inwalidzkim czy obarczeni nadmiernym bólem. Dzięki takiemu czynowi wznosimy się jakby ponad osobiste ograniczenia, zamazując własne nieszczęście. Kalectwo nie pozbawia możliwości podejmowania decyzji, miłowania w czynie. Duch Święty - o czym wciąż przypominał Jan Paweł II, niemal we wszystkich swoich wystąpieniach - dokonuje zdumiewającego przeobrażenia wewnętrznego, które sprawia, że ludzie bardzo cierpiący są szczęśliwi. Wówczas niepełnosprawność przestaje wywoływać napięcia, pozbawiać sensu, ale właśnie owego sensu przydaje wszystkiemu, co tworzy horyzont istnienia. Mimo cierpień i bólów, jest jakaś świadomość - szczęścia. Bierze się ona ze wspólnoty z Chrystusem: wspólny jest krzyż i wspólne jest też milczenie szczęścia.

powrót do spisu treści


Czy można mówić o życiu "po niewidomemu"?
zastanawia się psycholog - Izabela Szwarocka

Czy myśląc o życiu osób, które nie widzą, można używać określenia: życie "po niewidomemu"? Czy pewne specyficzne i wydaje się, że mające charakter wyłącznie zewnętrzny cechy funkcjonowania osób z dysfunkcją wzroku, jak np. posługiwanie się białą laską czy alfabetem Braille’a, pozwalają na taki skrót myślowy?
Z pewnością wyrażenie: życie "po niewidomemu" jest etykietyzacją osób niewidzących i wiązać ją można m. in. z postawą roszczeniową samych osób niepełnosprawnych, wynikającą z poczucia, że należą się im jakieś szczególne prawa czy przywileje, wreszcie z zamykania się tych osób w swoim otoczeniu. Określenie: życie "po niewidomemu" łączy się również z wyobrażeniami osób widzących o tym, jak funkcjonują osoby z dysfunkcją wzroku; z wyobrażeniami widzących opartymi najczęściej wyłącznie na tym, jak sami postrzegaliby swoje życie, gdyby nie widzieli.
Zauważmy, że samo sformułowanie: życie "po niewidomemu" jako skojarzenie ze specyficznymi faktami opisującymi codzienność życia osób z dysfunkcją wzroku, nie ma w sobie kategoryczności podziału na ludzi niepełnosprawnych i zdrowych, gorszych i lepszych. Taki sposób myślenia sugeruje raczej patrzenie na życie jako wartość samą w sobie. A w życiu mamy różne doświadczenia: ktoś nie widzi, ktoś inny nie słyszy albo jest leworęczny, a jeszcze inny ktoś ma słabszą konstrukcję psychiczną; inny zaś nie ma pewnych zdolności albo właśnie ma talenty, które powinien rozwijać w stworzonych mu do tego warunkach... Jeśli pojawia się więc jakiś konkretny problem utrudniający takim osobom wraz z ich zdolnościami i ograniczeniami możliwie pełne funkcjonowanie na co dzień, to trzeba go rozwiązać, ale poza tym owo życie "po niewidomemu" - tak, jak życie każdej osoby przeżywającej trudności lub uzdolnionej - wpisuje się po prostu w życie, zainteresowania, przyjaźń, miłość, pracę konkretnej osoby, która naprawdę nie charakteryzuje się przede wszystkim tym, że nie widzi; podobnie, jak inne osoby nie powinny być określane ze względu na ich widoczne ograniczenia, a także - jak się wydaje - na ich specyficzne zdolności.
Nie ośmieliłabym się jednak powiedzieć, że postawy samych osób z dysfunkcją wzroku wpływające na etykietyzację życia "po niewidomemu" mają źródło wyłącznie - choć i tak bywa - w samych niewidzących. Funkcjonujące przez wiele lat przepisy stosunkowo łatwo przyznające osobom niepełnosprawnym prawa do różnych świadczeń, zmieniająca się - jednak nie bez trudności - tendencja do izolowania tych osób poprzez choćby jedyną propozycję kształcenia w szkołach specjalnych czy zatrudnianie w zakładach pracy chronionej, sprzyjały utrwalaniu się w nich postawy oczekiwania na ułatwienia, na wyjątkowe traktowanie. Jedno z podstawowych praw psychologii mówi, że każdy z nas ma tendencję do powtarzania zachowań, po których spotkała nas nagroda i unikania takich, za które zostaliśmy ukarani. Przekładając to na codzienność życia "po niewidomemu" sądzę, że przynajmniej część osób niewidzących, zamykających się w swoim otoczeniu i w sobie, ma za sobą takie doświadczenia. Kiedyś może osoby te nawet próbowały wziąć sprawy w swoje ręce, chciały zrobić coś ciekawego lub coś wyjaśnić otoczeniu, ale działania te spotkały się w świecie z niezrozumieniem, brakiem akceptacji. Ile z nich potem było stać jeszcze na zmaganie się z bardziej i mniej poważnymi okolicznościami życiowymi?... Przykłady: osoba niewidząca nie otrzymała kredytu w banku, bo nie miała widzącego pełnomocnika, nie włączono sygnalizacji dźwiękowej w autobusie, bo męczące jest zapowiadanie każdego przystanku, motorniczego zaś boli głowa...
Nie każda osoba niewidząca jest w stanie dalej przekonywać; narasta w niej dystansowanie się wobec świata, poczucie niezrozumienia i w końcu poczucie, że coś jej się należy. Wtedy rzeczywiście nie jest też łatwo przyjmować poglądy głoszone przez inne osoby niewidzące, postrzegane przez tzw. środowisko niewidomych jako ludzi dobrze radzących sobie w życiu; poglądy mówiące o tym, że gdyby osoby niepełnosprawne miały zapewnioną pracę, nie potrzebowałyby niektórych specjalnych ulg i przywilejów.
Kiedy powstaną rzetelne rozwiązania systemowe, które ułatwią osobom niewidzącym dostęp do pracy tak, by nie była ona nagrodą dla wybranych, ale naturalnym prawem i przywilejem, wtedy - sądzę - istotnie można będzie myśleć o minimalizowaniu ulg czy modyfikowaniu świadczeń rentowych, tym samym życie "po niewidomemu" może na co dzień potoczyć się bardziej w dialogu ze światem osób widzących, a nie będzie się działo obok, zauważane jedynie przy okazji jakichś pojedynczych akcji, traktowanych jeszcze nazbyt często jako dobra wola osób widzących albo też zachcianki samych niewidomych...
Nie chcę mnożyć trudności, jakie niesie życie "po niewidomemu". Pragnę raczej stwierdzić, że samo życie jest zadaniem - tak dla osób niewidzących,
jak i widzących. Dla tych pierwszych jest zadaniem - z jednej strony coraz łatwiejszym (choćby dzięki dostępowi do zdobyczy techniki), z drugiej zaś strony, nadal trudnym, bo często nawet sytuacje codzienne pokazują, że wiele osób widzących działa raczej na miarę własnych wyobrażeń tego, co jest lepsze dla osób niewidzących, a nie dla ich dobra.
Sami - mówię tu o osobach, które nie widzą - możemy jednak uczynić nasze życie "po niewidomemu" wyłącznie częścią naszego życia, obejmującą pewne specyficzne uwarunkowania codzienności osoby niewidzącej. Nie wystarczy tylko nasza dobra wola i zdolności, choć powinniśmy troszczyć się, by nam tego nie zabrakło, a nawet, byśmy je pomnażali. Bardzo istotne jest podjęcie zadania poznawania życia "po niewidomemu" przez otoczenie osób widzących, by dialog prowadzący do wzajemnej integracji - również w tych najbardziej zwyczajnych sytuacjach - zacierał granice pomiędzy światem widzących i światem ludzi z dysfunkcją wzroku.


O doświadczeniach edukacyjnych osoby z dysfunkcją wzroku
opowiada pedagog specjalny - Anna Wesołowska,
uczestniczka Warsztatów Poszukiwania Pracy

Edukacja jest ważnym elementem w życiu każdego człowieka; szczególną rolę pełni w życiu osoby niepełnosprawnej, ponieważ odpowiednie kwalifikacje dają większe możliwości na znalezienie pracy, która jest warunkiem do zdobycia samodzielności. Poczucie niezależności może zaś pomóc w zaakceptowaniu własnej choroby, a tym samym siebie.
Osoba z dysfunkcją wzroku może kształcić się w Polsce na wszystkich szczeblach edukacji. Kształcenie to odbywa się w różnych typach szkół, a mianowicie w szkołach ogólnodostępnych, integracyjnych oraz specjalnych i w trybie nauczania indywidualnego w domu. Decyzję o szkole, do której będzie uczęszczało niepełnosprawne dziecko, podejmują rodzice i uczeń, ale równie ważne jest stanowisko poradni psychologiczno-pedagogicznej, która wystawia orzeczenie o specjalnych potrzebach edukacyjnych niepełnosprawnego dziecka. Zdarza się, że rodzice nie zgadzają się z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego wydanym przez poradnię, ponieważ twierdzą, że taka opinia ukazuje ich dziecko w złym świetle. Specjalistycznie przeprowadzane orzekanie jest jednak niezbędne do uzyskania cennej subwencji oświatowej, skierowanej do organu prowadzącego szkołę, w której ma uczyć się osoba z niepełnosprawnością; równie ważne są zawarte w nim zalecenia i wskazówki przekazywane nauczycielom i dyrekcji szkoły, pozwalające na wypracowanie odpowiedniej strategii działania wobec danego ucznia. Należy bowiem pamiętać, że edukacja ludzi z dysfunkcją wzroku często jest utrudniona poprzez ograniczenia, które wiążą się z danym schorzeniem. Jako osoba niewidząca doświadczałam tych trudności na swojej drodze kształcenia.
Moje problemy ze wzrokiem zaczęły się już w okresie nauczania początkowego. Do szkoły podstawowej chodziłam w miejscu zamieszkania. Była to szkoła masowa. W klasach I-III miałam aż trzech nauczycieli prowadzących, w związku z tym pewno żaden z nich nie mógł zauważyć stopniowych, powolnych zmian w moim widzeniu. Zwrócono co prawda uwagę na trudność z odczytywaniem z tablicy i przesadzano mnie do pierwszej ławki, ale dalej traktowano tak samo jak innych uczniów. Przejście do klasy IV wiązało się ze zmianą szkoły i nowi nauczyciele początkowo też nie wiedzieli, że mam jakieś specjalne problemy ze wzrokiem. Nosiłam okulary i wydawało się, że one korygują moje słabe widzenie. W pierwszych miesiącach nauki, gdy na języku polskim każdy uczeń czytał głośno fragment czytanki, ja czytałam nieporadnie, gdyż źle widziałam litery. W końcu nauczycielka odkryła, że prawdopodobnie przyczyną tego może być niewidzenie. Wysłano mnie do okulisty i okazało się, że jestem chora na zwyrodnienie barwnikowe siatkówki.
Moja szkoła nie była przygotowana do pracy z uczniem z dysfunkcją wzroku. Dalej więc nauczyciele traktowali mnie - choć przyznane zostały dodatkowe godziny wyrównawcze z kilku przedmiotów - tak samo jak pozostałych uczniów: pisałam sprawdziany i klasówki razem z koleżankami i kolegami, i tak jak oni odpowiadałam. Byli i tacy pedagodzy, którzy zwyczajnie ograniczyli swoje wymagania wobec mnie.
Klasa w szkole podstawowej liczyła 20 osób i tylko ja miałam problemy ze wzrokiem. Może dlatego też nie udało mi się nawiązać koleżeńskich więzi. Dobrze pamiętam sytuację, gdy przez przypadek usłyszałam jak koleżanka z klasy, mówiąc komuś o mnie, użyła słów: "to ta <ślepa>"...
Nieprzypadkowo więc zdecydowałam się na kształcenie średnie w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym. Wybrałam naukę w liceum zawodowym na kierunku ogrodnik terenów zieleni. W końcu nauczyciele, których spotkałam, wiedzieli, że dysfunkcja wzroku nie jest równoznaczna z ograniczeniem intelektu i wymagali od nas - uczniów z dysfunkcją wzroku - tak samo, jak od uczniów pełnosprawnych, ale też zawsze, gdy była potrzeba, dostosowywali materiały tak, żeby były dla nas dostępne.
W mojej klasie licealnej było 14 osób, w tym 10 niewidzących, ale nigdy nie odczułam podziału na lepszych i gorszych; trzymaliśmy się zazwyczaj razem i zawsze mogliśmy na siebie liczyć.
Zamieszkałam w internacie. Poza teren ośrodka mogły samodzielnie wychodzić tylko te osoby, które miały ukończony i zdany kurs orientacji przestrzennej. Pamiętam, że nie udało mi się zaliczyć go za pierwszym razem, ponieważ zasugerowałam się przechodniem i przeszłam za nim na czerwonym świetle. Kolejny egzamin już zdałam i po podpisaniu przez mamę zgody na samodzielne wyjścia, mogłam wyjeżdżać do domu i do koleżanek; byłam szczęśliwa. Do szkoły podstawowej w miejscu zamieszkania przecież chodziłam sama.
Życie internatowe było ćwiczeniem samodzielności i jednocześnie - mieszkałam z czterema różnymi osobami - ćwiczeniem charakteru.
Gdy zaczęłam studia, moje widzenie było ograniczone w tak dużym stopniu, że nie odczytywałam swojego pisma, a czytanie materiałów drukowanych męczyło mnie i zajmowało wiele czasu. Na pierwszym roku studiów korzystałam z lup powiększających, ale one były przydatne wyłącznie do czytania krótkich informacji i bardziej skupiałam się na tym, żeby je przeczytać niż zrozumieć ich treść. Na szczęście od drugiego roku studiów miałam komputer ze specjalnym oprogramowaniem dla osób z dysfunkcją wzroku. Mogłam już sama pisać oraz czytać wszystkie materiały drukowane, ale nauka do egzaminów zajmowała mi dalej dużo czasu, gdyż uczyłam się bezpośrednio z kaset, na które nagrywałam wykłady.
Podczas studiowania - oprócz trudności technicznych - miałam czasami problemy, które wynikały z postawy wykładowców. Niektórzy prowadzący - pomimo moich wyjaśnień - nie zgadzali się, żebym nagrywała ich zajęcia; oczekiwali raczej, że - uważnie słuchając - zapamiętam wszystkie podane informacje.
Początkowo było mi też trudno samodzielnie poruszać się po Warszawie, po prostu nie znałam miasta. Przez pierwsze dni miałam nawet kłopot z dotarciem na uczelnię, ale z pomocą koleżanek szybko nauczyłam się samodzielnie na nią trafiać. Nigdy nie poruszałam się z białą laską, choć w niektórych sytuacjach na pewno byłaby pomocna.
Bałam się jeszcze, że ze względu na kłopoty z widzeniem nie poradzę sobie z praktykami pedagogicznymi; prowadzącej zajęcia zawdzięczam przekonanie, że i z nimi sobie poradzę. Uwierzyłam w siebie. Osoba z uszkodzonym wzrokiem - pomimo wszelkich trudności, które pojawiają się w trakcie studiów - może kształcić się i zdobyć wykształcenie wyższe.
Jestem jedyną osobą w rodzinie chorującą na zwyrodnienie barwnikowe siatkówki, a zarazem pierwszą, która skończyła studia i ma wykształcenie wyższe. Wierzę, że zdobyta przeze mnie wiedza i umiejętności ułatwią mi znalezienie pracy.


O dzisiejszym losie Tomaszków - nagrodzonych przed laty
absolwentów szkół ponadpodstawowych Lasek

Okres młodości to czas, w którym "każdy odkrywa samego siebie i swój własny świat wewnętrzny, w którym snuje wielkie plany. Budzi się wtedy uczucie miłości, rozpala się głęboka radość związana z obiecującym odkrywaniem życia" (Jan Paweł II). Podejmujemy pierwsze wielkie decyzje, kształtujące w dużym stopniu całe nasze przyszłe życie.
Chcąc podkreślić znaczenie i potrzebę takich działań oraz zachęcić uczniów do podejmowaniu trudu pracy nad sobą przyznawałam przez wszystkie lata kierowania Zespołem Szkół Zawodowych w Laskach - mówi była dyrektor Teresa Cwalina - Nagrodę św. Tomasza z Akwinu, Patrona Szkoły. To dyrektorskie wyróżnienie było wyrazem uznania dla postawy moich niepełnosprawnych uczniów, którzy zmagając się z własnymi ograniczeniami dawali świadectwo mocy ducha i ich dotychczasowe zwycięstwa pozwalały wierzyć, że w swoim życiu potwierdzą nadzieję w nich pokładaną. Wręczając Tomaszka przypominałam zawsze słowa św. Alberta Wielkiego, który zwykł mawiać swoim uczniom o Tomaszu: "Nazywacie go Milczącym Wołem, a ja wam powiadam, że ten Milczący Wół zaryczy tak głośno, iż rykiem wypełni świat".
Pierwszego Tomaszka otrzymała w 1995 roku Małgorzata Sosnowska, absolwentka Technikum Masażu. Dziś nosi nazwisko męża - Rawska. Mieszka w Koszalinie. Pracuje jako masażystka w szpitalu. Przychodząc do Lasek marzyła o surdopedagogice; po Laskach zdobyła licencjat z prawa administracyjnego. "Jestem - mówiła na zjeździe absolwentów - szczęśliwą żoną i matką. Mam czteroletnią córeczkę - Igę".
Drugi Tomaszek przypadł także absolwentowi Technikum Masażu - Michałowi Żychlewiczowi. Po maturze wrócił do rodzinnego Ciechocinka; już dziesięć lat pracuje jako masażysta. Ożenił się z absolwentką Lasek. Jest ojcem rocznego Szymona.
Nina Wałaszewska - kolejny Tomaszek była absolwentką Zasadniczej Szkoły Zawodowej; realizowała indywidualny program nauczania przedmiotów zawodowych (tkactwo i ceramika). Kiedy odwiedziłam ją w Szczecinie, dyplom Tomaszka oprawiony w ramki wisiał na ścianie; mówiła: "przypomina i zobowiązuje".
Tomasz Piasecki otrzymał Tomaszka w 1997 roku. Po drugiej klasie Liceum Zawodowego w Laskach wyjechał do zaprzyjaźnionego ze szkołą kolegium w Norwegii i tam przygotowywał się do matury. Potem wrócił do Polski; studiował ekonomię i kierunek praca socjalna na Akademii Pedagogiki Specjalnej. Dzisiaj pracuje w Call Center Poland.
Wioletta Jarek ukończyła Liceum Zawodowe z Tomaszkiem; realizowała rozszerzony program nauczania języków obcych. Następnie uczyła się w Warszawie w studium pomaturalnym i uzyskała tytuł technik obsługi ruchu turystycznego. Trzy lata pracowała jako telemarketerka. Wyszła za mąż (obecnie nazywa się Borowska) i teraz cieszy się rodzinnym szczęściem. Wychowuje czteroletniego syna - Krzysztofa Jakuba.
Telefon Krzysztofa Pełki w Siedlcach nie odpowiada. Przed laty ukończył Liceum Zawodowe - kierunek monter urządzeń elektronicznych.
Grzegorz Markuszka - absolwent Technikum Masażu został nagrodzony Tomaszkiem w 1999 roku. Pracuje jako masażysta w Miejscu Piastowym koło Iwonicza. Ożenił się; jest ojcem czteroletniej Julii. Wyznaje: "mam szczęśliwą rodzinę i satysfakcjonującą pracę".
Marcin Borek otrzymał Tomaszka w 2000 roku. W Liceum Zawodowym realizował indywidualny program nauczania przedmiotów zawodowych. Ukończył w Laskach Szkołę Muzyczną I st. (klasa fortepianu) i kurs realizacji dźwięku. Zainteresowany historią i polityką wybrał studia politologiczne na UW. Jest studentem V roku. Mieszka w akademiku. Pracuje jako konsultant telefoniczny i uzupełnia bazę danych w Call Center Poland. Jest stypendystą TOnO.
Laureatka Tomaszka 2001 roku - Anna Kuszaj była także absolwentką Liceum Zawodowego, realizującą indywidualny program muzyczny. Ukończyła Szkołę Muzyczną II st. w klasie organów i śpiewu. Dzisiaj studiuje na III roku w warszawskiej Akademii Muzycznej (muzyka kościelna). Jest stypendystką TOnO. Przygotowuje się do Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Ignacego Paderewskiego (w kategorii śpiewu solowego) w Lublinie.
Marcin Zieliński nagrodzony Tomaszkiem w 2002 roku jest dzisiaj studentem V roku pedagogiki specjalnej UW, stypendystą TOnO. Pisze pracę magisterską poświęconą wizerunkowi osób z dysfunkcją wzroku w społeczeństwie polskim.
Należy do Grupy "Sukces", skupiającej aktywne i młode osoby niepełnosprawne. Interesuje się audiovideo i mediami. W Laskach ukończył Liceum Zawodowe (kierunek monter urządzeń elektronicznych). Udało mu się uzyskać staż w radiowej "Trójce". "Mam nadzieję - mówi - jeśli sprawdzę się, zostanę w radio. Jeśli nie, to zdobędę ciekawe doświadczenia i atrakcyjny punkt w cv".
Anna Dembek opuszczając Laski w 2003 roku - oprócz tytułu technik masażysta - otrzymała Nagrodę św. Tomasza z Akwinu. Wróciła do Starogardu, pracuje w przychodni i studiuje politologię (specjalność miedzynarodowe stosunki polityczne) na Uniwersytecie Gdańskim. Jest stypendystką TOnO. Myśli o pisaniu doktoratu. Ostatnio zaproponowano jej prowadzenie zajęć w studium masażu; może więc podejmie studia pedagogiczne.
W 2004 roku Tomaszkiem nagrodzono Radosława Bagińskiego, absolwenta Liceum Zawodowego. Realizował program nauczania montażu elektronicznego. Potem ukończył studium informatyczne i dzisiaj pracuje - jak z dumą podkreśla - w firmie informatycznej. "Wróciłem do siebie - dopowiada - mieszkam z rodzicami; jestem samodzielny finansowo. Czuję się spełniony".
Tomaszka w 2005 roku otrzymał absolwent Zasadniczej Szkoły Zawodowej - Mirosław Krysik. Jako pierwszy wychowanek Lasek zdał Państwowy Egzamin Zawodowy potwierdzający - w nowej formule egzaminacyjnej - umiejętności ślusarskie. Dzisiaj prowadzi rodzinne gospodarstwo rolne.
Tomaszki potwierdzają, że możliwe jest dorosłe życie "po niewidomemu"; że to zwyczajnie szczęśliwe życie.


Jeden dzień ze swego życia
przedstawia absolwent Lasek - Artur Lenart

Do Lasek trafiłem jako osoba niedowidząca; skończyłem Liceum Zawodowe, w którym realizowałem rozszerzony program nauczania języków obcych. Potem pojechałem na rok do Overbrook School for the Blind w Philadelphii, a następnie studiowałem filologię angielską w UAM w Poznaniu. Od pięciu lat mieszkam w Szczecinie i pracuję jako lektor języka angielskiego w Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych Politechniki Szczecińskiej.

*
Ostry dźwięk budzika uporczywie przypomina, że kolejny dzień nieuchronnie wzywa, by odważnie stawić mu czoła i zmierzyć się z trudami, jakie ze sobą niesie, ale też daje szansę spotkania z innymi ludźmi, a przez nich też i ze sobą samym.
Zanim wyjdę do pracy, oddaję się porannym rytualnym czynnościom, przygotowuję śniadanie, słucham wiadomości w radio, sprawdzam pocztę elektroniczną. Potem wkładam do plecaka materiały dla studentów, które wykorzystam na zajęciach i jestem już prawie gotowy do wyjścia. Prawie - bo muszę założyć soczewki kontaktowe, które pozwolą mi w miarę swobodnie poruszać się po świecie.
Nie czekam na tramwaj, bo droga do pracy zajmuje piechotą zaledwie 10 minut. Mijam różne osoby. Niestety często nie rozpoznaję twarzy znajomych, bo zwyczajnie ich nie widzę, więc zdarza się i tak, że nie wymieniam grzecznościowych ukłonów i mogę uchodzić za kogoś źle wychowanego... Docieram do Studium. Wchodzę na drugie piętro. Z trudem udaje mi się przedostać przez hałaśliwy tłum studentów do pokoju lektorów, gdzie są już koleżanki i kolega. Rozmawiają żywo o repertuarze kinowym - jedni polecają filmy, które właśnie obejrzeli, inni przestrzegają przed wyprawą do kina. Przysłuchuję się wymianie zdań; staram się włączyć w dyskusję.
Wskazówki na zegarze pokazują, że nadszedł już czas rozpoczęcia zajęć. Dzisiaj w planie dwa lektoraty z grupami z wydziału budownictwa i z wydziału techniki morskiej. Trzy godziny dzielenia się z młodymi ludźmi swoją wiedzą i umiejętnościami. Nie wszyscy oczywiście będą chcieli z tego skorzystać, tłumacząc to brakiem zdolności językowych albo okażą zwyczajną niefrasobliwość w podejściu do nauki; na szczęście znajdą się i tacy, którzy mają świadomość studiowania. Niezależnie od stopnia zaangażowania studentów w zajęcia staram się nawiązać z nimi dobry kontakt. Dużo zadowolenia sprawia mi tworzenie nowych zadań językowych, ukierunkowanych na poszerzanie fachowej wiedzy językowej z zakresu słownictwa technicznego. Przychodząc na zajęcia czuję się odpowiedzialny za czas spędzony przez studentów na moich lektoratach; czas, który jest jedynym i niepowtarzalnym okresem w ich życiu, w jakiejś mierze decydującym o przyszłości, o miejscu na rynku pracy.
Mijają godziny jedna za drugą. W końcu wracam do domu. Po drodze jeszcze kseruję teksty na zajęcia na jutrzejszy dzień. Czynność kserowania z zasady prosta, sprowadzająca się do położenia książki na skaner i przyciśnięciu guzika, wymaga ode mnie opanowania dodatkowych umiejętności. Niebieski wyświetlacz, który prowadzi użytkownika przez kolejne menu, pozwalające zrobić odpowiednie powiększenia tekstu, jest dla mnie niewidoczny. Czasem radzę sobie na wyczucie, czasem życzliwi ludzie, których w mojej pracy nie brakuje, orientują się, że potrzebuję pomocy i chętnie pomagają.
W końcu obiad w stołówce i zaglądam do domu, przepakowuję plecak, bo to nie koniec jeszcze dnia pracy; ruszam na zajęcia do popołudniowej szkoły językowej. Uczę języka angielskiego osoby dorosłe. Poziom znajomości języka - podstawowy i prawie wszyscy uczniowie starsi ode mnie. Łatwo się domyśleć, że są na kursie językowym, bo planują za kilka miesięcy dołączyć do rzeszy emigrantów w Irlandii albo Wielkiej Brytanii. Nic dziwnego, że motywacja do nauki języka jest u nich znacznie większa niż u przeciętnego studenta Politechniki. Łatwiej pracuje się z takimi uczniami i większe zawsze zadowolenie z owoców pracy, choć mogę być pewien, że po poznaniu podstawowych wyrażeń i zdobyciu umiejętności formułowania prostych zdań w języku angielskim nie będziemy dalej spotykać się. Moi słuchacze rozjadą się po świecie.
Zajęcia kończą się o dziewiętnastej. Teraz mogę pójść na basen, wybrać do kina albo potańczyć w dyskotece... Choć najczęściej jestem już w domu przed dwudziestą drugą. Jeszcze jakaś skromna kolacja, przejrzenie materiałów do pracy na jutro i małe pranie.
I czas ustawić budzik na kolejne poranne budzenie. Pieczenie zmęczonych oczu przypomina mi o konieczności wyjęcia soczewek. W końcu zasypiam z uczuciem wdzięczności za przeżyty dzień, za spotkanych ludzi i ich życzliwość, i za tych, którzy potraktowali mnie szorstko czy obojętnie, bo dzięki nim odkryłem także coś nowego w sobie.


Spełnia oczekiwania najbardziej wymagającego pracodawcy.
O absolwentce Lasek - Marzenie Parzych
mówi jej przełożona - Katarzyna Kowal

Pani Marzena jest osobą niewidzącą, bardzo ambitną, ciągle podnoszącą swoje kwalifikacje. W 2003 roku ukończyła Zasadniczą Szkołę Zawodową w Laskach. Następnie uczyła się w Liceum Ogólnokształcącym w Warszawie i w 2006 roku zdała maturę. Od roku pracuje w naszym salonie firmy Wittchen. Do jej obowiązków należy sprzedaż towarów, obsługa kasy fiskalnej, terminala i komputera. Wystawia faktury i sporządza raporty. Dba o wizerunek salonu i sprawuje - pod moją nieobecność - obowiązki zastępcy kierownika.
Pani Marzena jest osobą samodzielną, zaangażowaną zarówno w pracę, jak i w życie firmy. Znakomicie sprawdza się zarówno w sytuacjach wymagających indywidualnego wysiłku, jak i w pracy zespołowej. Bardzo łatwo nawiązuje kontakty ze współpracownikami i klientami. Wykazuje się głęboką wiedzą na temat oferowanych przez nas produktów. Spełnia oczekiwania najbardziej wymagającego pracodawcy.

powrót do spisu treści


O problemie niewidomego w społeczeństwie
pisał na początku lat 30. ubiegłego wieku
Antoni Marylski1, bliski współpracownik Matki Elżbiety Czackiej

Dla pełnego zrozumienia miejsca, jakie dziś zajmuje niewidomy w społeczeństwie, musimy sobie postawić pytanie, czy i jakie zmiany powoduje brak wzroku w człowieku, który go utracił. Rozważając to zagadnienie, musimy przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego, że człowiek - istota złożona z duszy i ciała - może być rozpatrywany jednocześnie jako jednostka i osoba. Jako jednostka stanowi część całości gatunku człowieka, którego prawom podlega i którego celom służy. "Osobowość" to forma istnienia właściwa tylko istotom, posiadającym rozum i wolę, posiadającym własne cele, z których płyną swoiste i niezależne prawa. Jako osobowość człowiek wznosi się ponad życie gatunku, jako indywiduum jest mu podporządkowany. Jako osoba - człowiek realizuje własne życie jemu tylko właściwe i życie społeczne świadomie i dobrowolnie przyjęte, jako indywiduum - służy gatunkowi z konieczności, dlatego, że jest mu podporządkowany.
Przez fakt samego kalectwa niewidomy jest pomniejszony w swojej wartości tylko jako indywiduum, nie zatracając żadnych wartości, składających się na jego osobowość. W tej płaszczyźnie jedynie może być zrozumiany w pełni problemat niewidomego, a wszystkie inne próby rozwiązania tej sprawy uniemożliwiają jej ujęcie, wprowadzając koncepcje cząstkowe, fałszywe i jednostronne.
Na osobowość człowieka składa się rozum i wolna wola. Żadna z tych władz bezpośrednio nie jest dotknięta ślepotą. Umysł zachowuje sprawność i nie zatraca żadnej ze swoich zasadniczych funkcji. Najbogatsza jego dziedzina, pojęcia, które otrzymuje drogą abstrakcji, nic nie traci ze swej pełni i choć wielkość pola doświadczalnego, z którego niewidomy czerpie wrażenia zmysłowe, zwęża się przez brak wzroku, znajduje jednak ono dostateczną rekompensatę w lepszym użyciu innych zmysłów: słuchu, dotyku i powonienia. Wyobraźnia, zasilana przez inne zmysły, lub u tych, którzy kiedyś widzieli, przez wspomnienia wzrokowe, działa prawidłowo i twórczo. Sztuka, poza dziedziną ściśle związaną ze wzrokiem, spełnia w życiu niewidomego tę samą rolę, co u widzących. Poza tym konieczność zastąpienia wzroku stwarza w niewidomym predyspozycje do większego ćwiczenia się w uwadze, do skoncentrowania władz umysłowych, do ciągłego sprawdzania przez rozum tego, co mu świat zewnętrzny przynosi, a czego mu dostarczyć nie może wzrok. Cała dziedzina uczuciowa, przy należytym rozwoju i kształceniu, zachowuje świeżość i bogactwo wszystkich form uczuć najszlachetniejszych i najgłębszych. Życie moralne, niezależnie od ilości zmysłów, ma pole do rozwoju pełnego charakteru. Napotykane i dobrze przezwyciężone przeszkody przyczyniają się do wyrobienia często niepospolitych jednostek wśród niewidomych. Pewne predyspozycje do nieufności, płynące z braku sprawdzianów, które daje wzrok, miłość własna i wielka drażliwość, wywołana często niedocenianiem wartości niewidomych przez widzących, egoizm u tych niewidomych, którym wszystko ułatwiono, - zarozumiałość, będą raczej cechami ogólnoludzkimi, spotęgowanymi złym wychowaniem i niezrozumieniem przez otoczenie niewidomego, a nie są spowodowane samym faktem ślepoty. Jednak wszystkie naturalne władze moralne mogą działać sprawnie, budując pełnowartościowe życie moralne człowieka, o tyle tylko, o ile sam fakt ślepoty został dobrze przyjęty. Dlatego tak niesłychanie ważną rolę w życiu niewidomego odgrywa religia i filozoficzny pogląd na świat. Cierpienie dobrze zrozumiane zbliża do Boga, a wiara w wartość cierpienia odbiera mu to, na co się człowiekowi najtrudniej zgodzić - jego bezsensowność i nieużyteczność. Niewidomemu w szczególniejszy sposób dostępne jest życie wiary, gdyż codzienne cierpienie uświadamia mu moment zależności od czegoś, co go przerasta i niewystarczalności życia, w którym nie byłoby miejsca dla Mądrości i Dobroci Bożej. Tylko oparcie o taką wiarę może dać siły do pogodnego zniesienia skutków płynących z cierpienia, które w zupełności niczym nie mogą być wyrównane. Pełnowartościowa filozofia da inteligentnym ociemniałym prócz radości, która płynie z poznania prawdy, szerokie horyzonty myślowe i wzbogaci ich życie duchowe, strzegąc od egocentryzmu.
Z tych krótkich spostrzeżeń widzimy, jakie bogactwa kryją się w osobowości niewidomego, jak naturalnym predyspozycjom do ich rozwinięcia i pogłębienia sprzyja brak wzroku, obficie kompensując jego utratę w dziedzinie duchowej, która jest źródłem najgłębszego życia człowieka. Ze względu na to, że ściślejsza więź społeczna między ludźmi polega na współżyciu ze sobą osobowości, niewidomi mogą wzbogacić całokształt kultury wartościami nieosiągalnymi dla przeciętnego widzącego człowieka.
Jeżeli teraz zastanowimy się, jakie skutki fizyczne powoduje utrata wzroku w osobistym życiu niewidomego, to stwierdzić musimy, że wzrok, mający funkcje regulujące w stosunku do innych zmysłów, których pracę ułatwia, da się przez nie zastąpić, ale z wielkim wysiłkiem i zmęczeniem dla niewidomego.
Pod względem społecznym w stosunku do widzących niewidomy ma mniejszą niezależność osobistą i ograniczoną swobodę, utrudnioną adaptację do środowiska widzących: ślepota obciąża każdy czyn większym wysiłkiem i uniedostępnia mu pewne dziedziny życia. Nie są to jednak absolutne przeszkody, tylko trudności, poza pewnymi dziedzinami, gdzie wzrok niczym zastąpiony być nie może. Wartość społeczna człowieka mierzy się jego użytecznością, którą stanowią wartości kulturalne, oraz jakością pracy, którą wykonywuje w organizmie społecznym. Oczywiste jest, że na ogół praca niewidomego będzie powolniejsza i że dziedziny pracy, w których wzrok odgrywa główną rolę, przestają praktycznie istnieć dla niego. Ale im bardziej niewidomy uświadamia sobie wewnętrznie swoją możność przystosowania się do życia i im lepiej jest do niego przygotowany, tym pole jego pracy bardziej się rozszerza, zwłaszcza gdy spotyka się on z życzliwym stanowiskiem widzących, świadomych swego obowiązku w stosunku do niewidomych.
Niewidomi więcej niż widzący, ale znów tylko więcej - potrzebują pomocy, będącej elementem wyrównawczym ślepoty, gdyż bez tej pomocy nie może być mowy o wytrzymaniu życiowej konkurencji niewidomego z widzącym na dostępnych mu odcinkach pracy zawodowej. To utrudnienie funkcji społecznych niewidomego w jego walce o byt i brania udziału w możliwie najpełniejszym życiu społecznym tworzy specjalną więź widzących z niewidomymi. Więź ta opiera się na obowiązku, jaki ma społeczeństwo widzących przyjścia z pomocą niewidomym i czyni ze sprawy niewidomych problemat specyficznie socjalny. Nie chodzi tu ani o zastąpienie niewidomego przez widzącego, ani o wyłącznie charytatywny moment doraźnej pomocy czy jałmużny, chodzi o umożliwienie niewidomemu jak najpełniejszego życia w społeczności ludzi widzących i wydobycie ukrytych w nim możliwości. Społeczność ludzka wtedy tylko dobrze realizuje swój ogólny cel, gdy wszystkie organa wypełniają prawidłowo swoje bliższe cele. Społeczność ludzka, mająca na celu dobro ogólne, nie może dobrze funkcjonować, gdy poszczególnym członkom źle się dzieje. Stąd obowiązek nie tylko dla społeczeństwa, ale i dla państwa, jako regulującego życie społeczne, ujęcia sprawy niewidomych pod kątem widzenia sprawiedliwości i promulgowania słusznych praw wyrównywujących trudności, które nieuchronnie płyną ze ślepoty. Ten obowiązek wzmacnia się jeszcze tym, że, jak widzieliśmy wyżej, niczym nietknięta osobowość niewidomego może wnieść do całokształtu bogactwa społecznego najwyższe wartości religijne, moralne, umysłowe i kulturalne. Ze struktury człowieka wynika, że osiągnięcie pełni nie może być zdobyte przez samą jednostkę. Czerpie ona z całego bogactwa życia społecznego, zasila je i jest przez nie zasilana. Stąd rodzą się prawa i obowiązki wzajemne: społeczeństwo np. ma prawo żądać naszej ofiary z życia, ale ma również obowiązek obrony wyższych wartości człowieka, związanych z jego własnym celem i ostatecznym przeznaczeniem. [...]

powrót do spisu treści


O "wyjście do tych, którymi się nikt nie zajmował" i o pomocy świadczonej dzisiaj osobom niewidomym w miejscu ich zamieszkania
opowiada Teresa Cwalina, kierownik merytoryczny Projektu Centrum

W "Statucie Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi" z 1911 roku wymienia się obok tzw. opieki zamkniętej, tj. udzielanej osobom niewidzącym w placówkach Towarzystwa, formę otwartą - na wzór francuski nazwaną patronatem - zakładającą niesienie wszelakiej pomocy w miejscu zamieszkania niewidomego. Nim jednak podejmie się te działania, które najlepiej określa pojęcie "służba niewidomemu" - pisał Albert Mahaut o Stowarzyszeniu Sizeranne’a w książce czytanej Matce Czackiej przez s. Teresę Landy - "trzeba zadać sobie trud, by doskonale poznać tego - komu pragnie się pomóc. Poznać kim jest, a kim chciałby zostać. Poznać jego aspiracje i możliwości. Zadanie to uda się nam wypełnić, jeżeli włożymy w nie całą naszą inteligencję, wolę, pomysłowość, wreszcie całe serce. Stowarzyszenie nie ma na celu rozdawać jałmużny. Główną pomocą, jakiej udziela, ma być reedukacja, dynamizowanie do czynu, budzenie inicjatyw: w pierwszym rzędzie uczynienie z egzystencji niewidomego użytecznego życia".
Patronat w Warszawie powstał w 1911 roku. "Przede wszystkim dobrze zorganizowany patronat - mówiła Matka po latach, w 1927 roku - powinien starać się o postawienie niewidomego w takich warunkach, by mógł pracować i dawać sobie radę prawie samodzielnie. Wtedy patronowanie polega na czuwaniu, w jakim momencie niewidomy potrzebować będzie pomocy patronatu. Otaczajmy ścisłą opieką tych niewidomych, których nie stać na samodzielne działanie; w stosunku do innych ograniczmy się do przyjścia z pomocą na początku ich usamodzielniania się, pomóżmy w znalezieniu klientów, podtrzymajmy radą, doświadczeniem, starajmy się stworzyć im miłe środowisko".
W "Memoriale w sprawie niewidomych w Polsce" napisała jeszcze założycielka Towarzystwa: "Patronat obejmuje opiekę nad niewidomymi i ich rodzinami na mieście, kształcenie i reedukację, pośrednictwo pracy, kasę pożyczkową i mieszkaniową, zapomogi w pieniądzach i naturze, rozdawnictwo odzieży, porady medyczne i prawne, świetlice i organizowanie rozrywek. Przy Patronacie jest ośrodek szkolący patronujących w dziedzinie pracy charytatywnej i tyflologii". I dalej czytamy, że zadania te można wypełnić jedynie przy pomocy licznych, gorliwych i posiadających odpowiednie kompetencje przyjaciół.
W latach 1933-39 nastąpił rozwój patronatów. Nowe oddziały założono w Poznaniu, Wilnie, Krakowie i na Śląsku; kierowniczką wszystkich była Zofia Morawska, związana z Laskami od 1930 roku, zaś duszą działalności patronatowej - Antoni Marylski, najbliższy współpracownik Matki Czackiej. "On to - mówiła Matka - zrozumiał i zaczął w całej pełni realizować to, co było moim pragnieniem od początku, a czego przy słabych siłach nie byłam w stanie sama dokonać. Pan Marylski, traktując swoją pracę jako powołanie, stał się właściwie twórcą osiedla w Laskach". Od 1937 roku jako prezes Zarządu Towarzystwa poświęcał 2 tygodnie w miesiącu, żeby odwiedzić też każdy patronacki oddział. "Rokrocznie, najczęściej jesienią - przypomina Jacek Moskwa w książce "Antoni Marylski i Laski" - dychawiczna ciężarówka z Lasek wyruszała w objazd mieszkań patronowanych, którym dostarczano węgiel, ziemniaki i inne prowianty na zimę. Marylski siadał wtedy obok kierowcy, pana Teofila, zwanego w skrócie "Pantoflem" i odwiedzał niewidomych w domach, żywo interesując się ich problemami, warunkami, w jakich żyją i starając się w czymkolwiek pomóc. Co dwa tygodnie podopieczni odbierali w biurze Patronatu racje żywnościowe złożone z mąki, kaszy i tłuszczu. Bardziej zniedołężnialym i chorym dostarczano paczki do domów".
Zależnie więc od indywidualnych potrzeb niewidomych udzielano im pomocy pieniężnej, w produktach żywnościowych, w odzieży i innych przedmiotach pierwszej potrzeby; pomagano w załatwianiu spraw w urzędach, udzielano porad prawnych i medycznych, odwiedzano w domach i pielęgnowano. Przeprowadzano wywiady środowiskowe, by jak najlepiej poznać warunki życia osób ociemniałych. Przygotowano też w Laskach specjalne kwestionariusze dla dzieci i oddzielne dla dorosłych, i dzięki pomocy urzędów wojewódzkich i pracowników społecznych oraz Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej wprowadzono w 1925 roku rejestrację niewidomych na ziemiach polskich do powstającego pierwszego zakładu szkolącego niewidomych na terenie byłego zaboru rosyjskiego. Tatiana Cupa wspomina: "Miałam niecałe 10 lat. Do Lasek przyjechałam w 1929 roku. Przywieźli mnie śp. p. Witold Świątkowski i p. Zygmunt Serafinowicz. Jak później się dowiedziałam, gdy już byłam starsza, że osoby te były wysłane przez Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi na Polesie <na połów> dzieci niewidomych".
Czyniono wszystko - jak widzimy - żeby "dać oparcie odpowiednie dla indywidualnych potrzeb i możliwości, i ostatecznie podnieść z poniewierki ku użytecznemu życiu poprzez pracę".
*
Początek tej pomocy udzielanej niewidomym w ich miejscu zamieszkania wiąże się z wcześniejszą działalnością Matki Czackiej. "Przyjeżdżając na czas dłuższy do Cioci - opowiadała Teresa Karnkowska, siostrzenica Róży Czackiej - mogłam Jej służyć z pomocą, cały dzień po rannej Mszy św. chodząc z nią do biednych ociemniałych w różnych zakątkach miasta".
I jeszcze jedno wspomnienie: "Poznałam Matkę jako osobę świecką w 1911 roku - opowiada Bronisława Kozłowska - Miałam wtedy 13 lat. Leczyłam się wówczas na oczy wraz z moją siostrą starszą ode mnie o 7 lat. Byłyśmy w szpitalu dziecinnym przy ulicy Kopernika w Warszawie. Leczył nas dr Dobrzański. Podczas kuracji straciłam całkowicie wzrok. Na moje szczęście w tym czasie hrabianka Róża Czacka wyszukiwała po wszystkich ocznych klinikach w Warszawie niewidomych, ażeby się nimi zająć. Opatrzność sprawiła, że znalazła i mnie z moją siostrą. Po raz pierwszy przyszła do nas w październiku 1911 roku i od tej chwili opiekowała się nami. Ponieważ siostrze mojej lekarze nie robili żadnej nadziei odzyskania wzroku, wzięła ją hrabianka do swego Zakładu, który przed rokiem otworzyła dla grupki niewidomych dziewcząt przy ulicy Dzielnej 36. Ja na razie zostałam w szpitalu, ale miałam pewność, że jest ktoś, kto o mnie myśli i troszczy się. Hrabianka Czacka wiedząc, że tak niedawno straciłam wzrok i to w czasie kuracji, okazywała mi dużo serdeczności i postanowiła zrobić wszystko, co będzie w jej mocy, abym choć trochę mogła widzieć. Po przeprowadzeniu potrzebnych formalności meldunkowych [z Wolborza] przeniosła mnie do szpitala oftalmicznego przy ul. Smolnej 8 pod opiekę prof. Kamockiego. Leczyłam się tam przez 22 miesiące. Przez cały czas pobytu mego w szpitalu odwiedzała mnie panna Czacka sama albo przysyłała kogoś od siebie. Żywo interesowała się przebiegiem mojej kuracji i starała się, abym miała wszystko, co mi było potrzebne. Na każde święta i ważniejsze uroczystości, jak np. imieniny, zabierała mnie do siebie, gdzie czułam się jak we własnym domu. Gdy dzięki przede wszystkim staraniom hrabianki odzyskałam pewien procent wzroku, cieszyła się ona z tego nie mniej niż ja sama i moja siostra. To, że do obecnej chwili widzę tyle, że mogę sobie radzić, zawdzięczam jedynie Matce Czackiej".
Bronisława Kozłowska otrzymywała też pomoc jako osoba dorosła, już po ślubie, gdy rozchorował się na raka jej mąż; Matka Czacka zaproponowała, żeby synowie zamieszkali w przedszkolu w Laskach, później pomogła umieścić ich u księży salezjanów w Płocku; a po śmierci męża odwiedzał często Bronisławę - Antoni Marylski, nieraz zastępowała go Zofia Morawska, bywał ks. Władysław Korniłowicz, s. Katarzyna Steinberg i inne siostry.
*
Dzisiaj ten rodzaj opieki otwartej osobom z dysfunkcją wzroku świadczą: Dział ds. Absolwentów Towarzystwa i Duszpasterstwo Niewidomych, podejmujące działalność charytatywną, integracyjną i apostolską w klasztorze Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Warszawie na ul. Piwnej.
W bazie danych Działu ds. Absolwentów znajduje się prawie 3 tysiące nazwisk niewidzących wychowanków Lasek i 270 nazwisk osób nowo ociemniałych w kartotece Projektu Centrum. Wielu z nich korzysta z pomocy Towarzystwa w miejscu swego zamieszkania.
Pracownicy Działu, który powstał w 1976 roku w Laskach w Warsztatach Szkolących jako sekcja zatrudniania i usamodzielniania absolwentów zarządzana przez Andrzeja Czartoryskiego, czerpią z wzorów stworzonych przed prawie stu laty przez Matkę Czackę oraz bogatych doświadczeń patronatu kierowanego przez Antoniego Marylskiego i Zofię Morawską, działań Henryka Ruszczyca i Biura Spraw Dorosłych Niewidomych.
*
Marek Szulc pracuje w Dziale ds. Absolwentów od września 1984 roku; od początku uczestniczy w realizowanym prze Dział projekcie Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku. Przejeżdża rocznie prawie 20 tysięcy kilometrów, by dotrzeć do każdej osoby niewidzącej w Polsce potrzebującej pomocy i wsparcia. Odwiedza osoby nowo ociemniałe, które same nawiązały kontakt z Laskami albo zostały zgłoszone do Centrum przez koło PZN, szpital lub rodzinę. Utrzymuje kontakt z absolwentami Lasek.
Nowo ociemniałych mobilizuje do życiowej aktywności, zachęca do zrobienia pierwszego samodzielnego kroku "po niewidomemu", a ich rodzinie pokazuje, jak skutecznie może wesprzeć wysiłek niewidomego. Radzi, od czego zacząć, by znaleźć pracę - pomaga dotrzeć do PUP, często wskazuje osobie niewidzącej konieczność przekwalifikowania się zawodowego lub podniesienia kwalifikacji. Zaprasza do Lasek na pobyt rehabilitacyjny w zakresie rehabilitacji zawodowej. Pomaga w załatwieniu trudnych urzędowych spraw. Oferuje m. in. wsparcie w rozmowie z przyszłym pracodawcą.
Absolwentom Lasek służy także wszelką pomocą w sprawach zawodowych i rodzinnych. Odwiedza w ich miejscach pracy - w spółdzielniach i zakładach produkcyjnych, w Zakładach Aktywizacji Zawodowej i w Warsztatach Terapii Zajęciowej, w szkołach i na uczelniach oraz w rodzinnych domach czy Domach Pomocy Społecznej. Pomaga znaleźć pracę i rozwiązać trudne problemy mieszkaniowe.
Terminował - jak mawia - u niezwykłego mistrza, wielkiego przyjaciela niewidomych - dyrektora Andrzeja Czartoryskiego. Razem z nim jeździł po Polsce i uczył się, jak być pomocnym w tym, co potrzebne, by osoba niewidoma mogła godnie żyć.
Gdy trzeba wozi więc i teraz paczki żywnościowe. Bywał świadkiem na absolwenckim ślubie i jest ojcem chrzestnym dziecka dawnych swoich wychowanków z Lasek; towarzyszy często osobom niewidomym w chorobie, odwiedza w szpitalu; pomaga niejednokrotnie w organizacji pogrzebu... Bliski jest przede wszystkim tym niewidzącym, którzy najbardziej potrzebują ludzkiego wsparcia.
Marek Szulc powtarza: "Pozdrowienie, które najczęściej słyszę gdzieś w Polsce, gdy przyjeżdżam ze służbową wizytą, to: <Witamy Laski>. Zawsze brzmi ono bardzo radośnie i dla mnie - i dla nas wszystkich w Laskach, o czym wciąż warto przypominać - zobowiązująco".

powrót do spisu treści


O roli doradcy zawodowego w rehabilitacji osób nowo ociemniałych
mówi - odwołując się do doświadczeń Działu ds. Absolwentów
TOnO w Laskach - Krystyna Konieczna, koordynator Projektu Centrum

I. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi założone przez niewidomą Różę Czacką, zostało zarejestrowane oficjalnie w 1911 roku, faktycznie działało już - choć w bardzo skromnym zakresie - od 1910 roku. Postawiło sobie za cel uświadomienie polskiemu społeczeństwu oraz samym niewidomym, że niewidzący mogą być pełnowartościowymi ludźmi: poprzez wykształcenie ogólne i fachowe mogą osiągnąć niezależność materialną i stać się dobrymi pracownikami; przy usilnej pracy mogą dorównać widzącym w dziedzinie gospodarczej, społecznej i kulturalnej. Mimo ograniczeń spowodowanych brakiem wzroku mają bowiem wielkie możliwości rozwoju duchowego i intelektualnego oraz zdobycia i wykonywania zawodu. Róża Czacka, która w 1918 roku powołała jeszcze Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, napisała: "Dlatego, że uznajemy pełnię jego [ociemniałego] człowieczeństwa, włączamy sprawę niewidomych w całokształt spraw ludzkich, nie pozwalamy na izolowanie niewidomych jako ludzi innego gatunku. Uznając ich odrębność oraz rozumiejąc w pełni ich cierpienia i trudności, chcemy wychować ich na ludzi pracujących i odpowiedzialnych. Poprzez wykształcenie ogólne i zawodowe niewidomy powinien się włączyć w pracę i dorobek ludzki, i stać się pożytecznym członkiem społeczeństwa, co podnosi jego godność człowieka".
Potrzebna jest jednak niewidomemu pomoc w formie zorganizowanej opieki osób widzących. Dlatego Towarzystwo utworzyło Patronaty, które miały wspierać niewidomych i ich rodziny. Członkowie Towarzystwa odwiedzali niewidomych w ich domach; opiekowali się starymi i chorymi; wspierali materialnie rodziny niewidomych, zdolnym do pracy dopomagali w rehabilitacji; pouczali matki, jak wychowywać niewidome dzieci, aby były przygotowane do samodzielnego życia. Starali się rozbudzić energię życiową, zaradność i przekonanie, że niewidomy może być czynny i użyteczny. Patronat warszawski miał w pierwszym roku działalności pod swoją opieką 55 rodzin, w następnym - w 1912 roku - liczba ta podwoiła się. W 1914 roku Towarzystwo udzieliło niewidomemu muzykowi pożyczki w sumie 150 rubli na wydanie drukiem jego utworów. W tymże też roku 112 osób niewidomych otrzymywało co miesiąc skromne, lecz stałe, zasiłki pieniężne. W 1922 roku rozpoczęło Towarzystwo swoją działalność w Laskach.
Dzisiaj Towarzystwo prowadzi Dom Dziecka Niewidomego w Warszawie, Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych w Laskach, a w nim - Przedszkole z Działem Wczesnego Wspomagania, Szkołę Podstawową i Szkołę Podstawową Specjalną (filia w Rabce), Gimnazjum, Gimnazjum Specjalne, Zasadniczą Szkołę Zawodową i Zasadniczą Specjalną Szkołę Zawodową, Technikum Masażu, Technikum dla Niewidomych, Liceum Ogólnokształcące oraz Szkołę Muzyczną I stopnia. Od 1922 roku do dziś w Laskach wykształciło się blisko 3000 osób niewidomych.
W Laskach mieści się też Dział ds. Absolwentów, który aktualnie realizuje projekt dofinansowywany z EFS Działanie 1.4 "Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku". Dział zajmuje się sprawami usamodzielnienia, rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiem absolwentów i dorosłych osób nowo ociemniałych.
Towarzystwo prowadzi także w Laskach Warsztaty Rehabilitacji Zawodowej i Dział Tyflologiczny, biblioteki i dział wydawniczy; a w Żułowie (woj. lubelskie): Zakład Opiekuńczo-Rehabilitacyjny dla Niewidomych Kobiet, w Gdańsku-Sobieszewie: Ośrodek Rehabilitacyjno-Wypoczynkowy i w Niepołomicach koło Krakowa: Dom dla Niewidomych Mężczyzn.
II. Przedstawię niewielki, ale bardzo ważny, wycinek działalności Towarzystwa, prowadzonej przez Dział ds. Absolwentów i związanej z rehabilitacją nowo ociemniałych i rolą, którą ma do spełnienia doradca zawodowy. Świeżo ociemniali to osoby, które z różnych przyczyn utracili, bądź tracą wzrok; mówimy o osobach dorosłych. Trafiają do Lasek w różny sposób: najczęściej skierowani przez szpital, PZN czy księdza. Nieraz dostajemy tylko sygnał, że gdzieś w Polsce jest osoba, która straciła wzrok. Wtedy jedziemy do niej do domu; rozmawiamy, przekonujemy i zachęcamy do rehabilitacji. W zależności od potrzeby, stanu zdrowia fizycznego i psychicznego, wykształcenia i umiejętności proponujemy indywidualny program rehabilitacji. Zawsze kontaktujemy nowo ociemniałych z pracownią rehabilitacji widzenia i orientacji przestrzennej; konsultujemy każdy przypadek z lekarzem, okulistą i psychologiem. Wszyscy włączeni w działania rehabilitacyjne spotykają się, by omówić sytuację osoby nowo ociemniałej, która do nas trafiła i zaproponować działania. Nie zawsze chętnie przyjmowane są nasze propozycje, ale pamiętajmy, że utrata wzroku jest tragedią. Nasza rola polega na spokojnym i cierpliwym przekonywaniu osoby nowo ociemniałej o tym, że możliwe jest życie "po niewidomemu". Wziąć białą laskę do ręki i wyjść na ulicę nie jest rzeczą prostą; wymaga prawdziwej odwagi.
Rehabilitacja podstawowa osoby nowo ociemniałej polega na przywróceniu samodzielności w wykonywaniu podstawowych czynności życiowych, na odnowieniu utraconych sprawności, umiejętności i możliwości w różnych dziedzinach życia. Po utracie wzroku najprostsze działanie staje się bardzo trudne. Dlatego rehabilitacja podstawowa jest warunkiem powodzenia w innych dziedzinach - w pracy zawodowej, życiu towarzyskim i rodzinnym, rehabilitacji psychicznej i społecznej. Prowadzimy naukę brajla i zajęcia z orientacji przestrzennej oraz z zakresu gospodarstwa domowego i naukę obsługi komputera. Osobom nowo ociemniałym udzielana jest pomoc psychologiczna i okulistyczna. Poznają pracownie zawodowe, stanowiska pracy przystosowane do pracy osób niewidzących, techniki i metody pracy osób z wadami wzroku.
Zwykle proponujemy tygodniowy pobyt rehabilitacyjny. Niektórzy nowo ociemniali przybywają do nas kilkakrotnie. Ich zetknięcie w Laskach ze światem niewidomych - dzieci i młodzieży, uczących się i osób niewidzących pracujących, dzielnych i pogodnych mimo kalectwa, bywa pozytywnym wstrząsem: inaczej zaczynają patrzeć na swoją sytuację, we właściwych proporcjach.
III. Jaki powinien być doradca zawodowy osób nowo ociemniałych i osób z dysfunkcją wzroku? Przede wszystkim powinien być doświadczonym tyflopedagogiem; osobą, która rozpozna potrzeby i możliwości nowo ociemniałego i potrafi skierować go do odpowiednich specjalistów - pokierować i koordynować rehabilitacyjne poczynania. Musi znać i wiedzieć, jakie są możliwości i potencjał osób z wadami wzroku; rozumieć, na czym polega życie tych osób i wierzyć, że osoba niewidząca może wrócić do życia i być użytecznym członkiem społeczeństwa. Współczucie bez stawiania celów i wymagań może być wielką przeszkodą w procesie rehabilitacji.
Niezbędna jest też doradcy zawodowemu bieżąca znajomość rynku pracy i jego wymogów, jak również znajomość przepisów i ustawodawstwa - zarówno polskiego, jak i europejskiego, dotyczącego osób niepełnosprawnych.
Trzeba pamiętać, że nie my jako społeczeństwo mamy kłopot z osobami niewidzącymi, to osoby niewidome z wielkim trudem istnieją w społeczności ludzi widzących. Wielkie społeczności są przystosowane dla świata ludzi widzących i właśnie w nich musimy pomóc odnaleźć się osobom niewidzącym. To także zadanie stojące przed doradcami zawodowymi tych osób.

Aneks
W realizowanym od 1 stycznia 2006 roku przez Dział ds. Absolwentów Projekcie Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku zarejestrowanych jest 237 osób niewidzących z terenu całego kraju. Osób ze znacznym stopniem niepełnosprawności jest 194, z umiarkowanym - 41. Wszyscy korzystali z poradnictwa doradcy zawodowego. Inne najczęściej świadczone poradnictwo to doradztwo instruktora orientacji przestrzennej, pedagoga, psychologa, rehabilitanta widzenia i informatyka.
Działaniami z zakresu rehabilitacji zawodowej osób nowo ociemniałych objęto 35 beneficjentów. Mieli oni możliwość przebywania na dwutygodniowym i tygodniowym pobycie w Laskach.
W ankiecie ewaluacyjnej uczestnicy Projektu wykazali potrzebę korzystania z usług doradcy zawodowego i wsparcia w poszukiwaniu pracy. Zgłaszali też potrzebę organizowania kursów i szkoleń oraz zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju informacje związane z funkcjonowaniem osoby niewidzącej w świecie (m.in. przepisy prawne, specjalistyczny sprzęt).
Najczęściej zgłaszane przez beneficjentów propozycje, dotyczące usług świadczonych w Projekcie to pomoc w poszukiwaniu pracy, organizacja kursów i szkoleń oraz Warsztatów Poszukiwania Pracy i turnusów rehabilitacyjnych.
Największym zainteresowaniem cieszyły się porady z zakresu informatyki i orientacji przestrzennej.
Z uzyskanych przez nas opinii wynika, że uczestnicy Projektu są zadowoleni ze świadczonych porad i życzą sobie kontynuacji tego rodzaju działań. Pozytywnie oceniają wszystkie zajęcia, w których uczestniczyli. Uważają, że uzyskane informacje, nabyta wiedza i umiejętności ułatwią im i pomogą w poszukiwaniu pracy.

ml

powrót do spisu treści


W setną rocznicę urodzin i piątą śmierci księdza Tadeusza Fedorowicza
- pierwszego krajowego duszpasterza niewidomych i duchowego opiekuna Lasek wspomina jego uczennica i wychowanka - Anna Kaźmierczak

Do Lasek przybyłam na początku września 1950 roku i już wtedy uczestniczyłam w codziennej porannej Mszy świętej, odprawianej dla młodzieży przez ks. Tadeusza Fedorowicza. Były to Msze recytowane; uczniowie dobrze znali na pamięć łacińskie teksty. Mówiło się powszechnie, że Ksiądz odprawia Msze krótko, a kropidłem macha tak sprężyście, jakby wywijał szablą na koniu.
Ks. Tadeusze lubił śpiew i często prosił nas o piosenkę. Kochał też przyrodę i nieraz wiosną wczesnym rankiem szedł z młodzieżą słuchać ptaków, na których śpiewie świetnie się znał.
Z jednej strony odpowiadała mi powaga i refleksyjność ks. Tadeusza, z drugiej zaś - poczucie humoru. Te dwie pozornie sprzeczne cechy harmonijnie łączyły się w Księdzu. Kiedyś opowiadał nam, jak to pewien penitent skarżył się spowiednikowi, że jest już na najwyższym stopniu doskonałości i nie wie, co ma dalej robić. Na to spowiednik: "To po coś się tam, mój kochany, pchał?"
Nigdy nie zgłaszałam się do Księdza na rozmowy indywidualne. Starałam się natomiast - zachowując względem Niego samego pewien osobisty dystans - pilnie słuchać tego, co mówił i uczestniczyć w tym, co działo się w grupie za sprawą Księdza. Ks. Tadeusz Fedorowicz uczył mnie religii dopiero przez pięć ostatnich lat mojego ośmioletniego pobytu w Laskach.
W listopadzie 1951 roku zachorowałam i przebywałam w infirmerii do końca roku szkolnego. Ks. Tadeusz przez swój wewnętrzny spokój był wtedy wielką ostoją dla mnie. Nie pamiętam, żeby mówił mi jakieś wielkie rzeczy. Po prostu był przy mnie i to wystarczało.
Kiedyś podczas niedzielnego kazania powiedział, że w przeprowadzonych badaniach nie udało się znaleźć dwóch jednakowych płatków śniegu. "Pomyślcie, płatków śniegu! Taką różnorodność Pan Bóg stworzył na świecie!" Pamiętam, że bardzo mnie ten przykład śniegu poruszył.
Ksiądz starał się przygotować nas do zdarzających się okresów pustki duchowej. Mówił, że zawsze należy usiłować przyjmować ją spokojnie, jako próbę zesłaną przez Boga.
Zapamiętałam kazanie Księdza ze Święta Niewidomych: "Pan Bóg pisze ludzkie życie tak, jak się pisze brajla na tabliczce. Żeby tekst odczytać, trzeba go z tabliczki wyjąć i odwrócić. Tak jest i z nami. Na razie sens Bożego pisma często nie jest dla nas zrozumiały, ale kiedyś pojmiemy wszystko".
Przy różnych okazjach Ksiądz mówił nam, że pokora to nie spuszczanie oczu, ale spojrzenie na siebie w prawdzie wobec Boga. Podkreślał zawsze, że dobra jest na świecie więcej niż zła, ale zło jest bardziej krzykliwe. Jeśli w dobrze zagranym utworze uderzy się jeden fałszywy dźwięk, cały utwór wydaje się zły, choć to przecież tylko jeden dźwięk jest fałszywy. Mówił nie o tym, jak odpychająca jest brzydota, ale o tym, jak nieodparcie pociąga piękno; nie o tym, jaką grozę budzi piekło, ale o nieskończonym szczęściu i radości w Niebie; to wszystko budziło we mnie nie tyle strach przed Bogiem, ile raczej chęć dążenia ku Niemu.
Z nauk ks. Fedorowicza zapadło we mnie jeszcze takie oto zdanie: "Jednym jest to, <czego ja chcę>, a zupełnie czym innym to, <czego mnie się chce>. Uczmy się, jak najczęściej wybierać to pierwsze, co wcale nie przychodzi łatwo". Często też podkreślał, że czymś innym jest "kochanie się w kimś" od "kochania kogoś".
Zawsze uważałam, że ks. Tadeusz to człowiek o głęboko ukrytej skromności. Gdy po latach odwiedzałam w Laskach Dom Rekolekcyjny, budowało mnie zachowanie Księdza. Będąc już człowiekiem w podeszłym wieku wstawał szybko od stołu po spożytym posiłku, zbierał swoje naczynia i szedł sam myć je; zawsze po zakończonej rozmowie pytał też, gdzie mieszkam i czy trafię do pokoju, a jeśli potrzebowałam pomocy, brał mnie za rękę i odprowadzał.

powrót do spisu treści


Osoby zainteresowane otrzymaniem bezpłatnie naszego kwartalnika (wersja czarnodrukowa, brajlowska i elektroniczna) proszone są o zgłoszenie zamówienia.
e - mail: biuro@promocjaikariera.pl.